Potarł zarost na policzkach. Trzeba zgolić — pomyślał. Żyletka tępa, a ona powiedziała, że tam będą ludzie. Wezmę tę marynarkę z szafy, tę szarą — zdecydował i zaczął nucić pieśń z kościoła. Coraz wyraźniej i głośniej.
Siostra wyciągała szyję, słuchając, jak nuci. Była zadowolona, kiedy zobaczyła tę jego minę: niby taką samą jak zawsze, a jednak inną. Spojrzenie jaśniejsze.
Zuzia uczyła się wszystkiego powoli, ale gesty pamiętała lepiej niż słowa. Przez te trzy lata samotności rozwinęli swój system. Podnosił brwi, a ona klaskała. Marszczył — stawała na baczność i salutowała.
Na suszarce w równych odstępach, co dwie przegródki, wstawiała talerze. Ale, słuchając, jak nuci, wstawiła jeden przegródkę za daleko. Odwróciła się. Podeszła do Zbycha drobnymi kroczkami. Wyciągnęła ręce. Zbychu złapał ją za dłonie, ale zaraz puścił.
— Taka kobieta mówiła, że mam dobry głos — powiedział szybko. Pójdę tam — dodał cicho.
Nie wiedział przez chwilę, co zrobić z rękoma. Jakby tamten dotyk siostry parzył.
Zuzia wciąż stała z podniesionymi rękami. Minął ją. Aż go ścisnęło, żeby zawrócić, ale poszedł dalej.
Zuzia opuściła ręce, jej oczy przestały się śmiać. Wróciła do kuchni. Sapała przy swojej robocie, wpatrując się w każdy talerz. Podnosiła je do góry, ustawiając do słabego światła w kuchni, i przyglądała się, czy nie ma smug od mycia. Nagle przestała brzęczeć talerzami. Słyszał jej przyspieszony oddech.
— Tata też śpiewał. Pamiętasz?
Zbychu zazgrzytał zębami, jakby trafił na skorupę orzecha.
— Zuza! Przecież wiesz, że taty nie ma — syknął.
Skurczył się w sobie, znieruchomiał.
Kiedy mówił „Zuza”, oczy mu czerniały. Wtedy nie mogła na niego patrzeć. Odwróciła się z talerzem w ręku. Miała odłożyć, ale ciągle trzymała. Czekała.
— Tak, tata śpiewał — podniósł głos — ale zniknął, nie ma go — dodał ciszej. — I dobrze, że go nie ma — szepnął bardziej do siebie.
Potem zrobiło się cicho. Dalej stała z talerzem.
— Nie pytaj o tatę — podniósł palec, ale zaraz zamknął dłoń.
Cicho odstawiła talerz.
„Znów ojciec!” — schował twarz w rękach.
Wyszedł do parku. Słońce prześwitywało jeszcze przez korony drzew. Wcześniej wykonana w parku robota zazwyczaj go uspokajała. Ale nie teraz. Teraz zaczęła wylewać się z niego opowieść, którą nosił w środku od dawna. Brał ją do roboty, zasypiał z nią, czasem budziła go w nocy. Trzymał ją tak długo w środku, aż w końcu zaczęła przez niego przeciekać jak przez sito. Chciał myśleć o tym chórze, że go tacy ważni ludzie zaprosili, ale już nie potrafił.
Usiadł na ławce i potaknął głową. Ktoś — nie pamiętał już kto — nazwał ojca zbieraczem powiedzeń. Niektóre sam wymyślał. Przez mgłę przypomniał sobie siebie, kiedy miał ze cztery lata, stał na środku pokoju i patrzył, jak ojciec buja Zuzię na kolanie. Ojciec powiedział chwilę wcześniej, że czas go swędzi. Nie rozumiał, co to znaczy, ale wiedział, że ojciec za chwilę zniknie. Zaczęła mu drgać broda. Pobiegł do drzwi i stanął w progu. Teraz w parku zacisnął ręce na deskach ławki, tak jakby chciał zatrzymać ojca. Ale ojciec postawił Zuzię, wziął torbę, przesunął go i wyszedł. Rozkopał wtedy klocki, czując pieczenie w oczach.
W parku było cicho. Pachniało bzem. Obok ławki przeszła roześmiana para. Schylił głowę. Pamiętał, że kiedy ojca nie było w domu, wpychał siostrę w kąt — za te lalki, co jej ojciec przywoził, a jemu nic. Wskakiwał wtedy na kolana matki. Lubił zapach jej ciała. Wtulał się w szyję i zamykał oczy.
Poklepał się po udach, wciągnął głęboko powietrze. Nie mógł już znaleźć tamtego zapachu. Ani jej śmiechu, bo wtedy jeszcze się śmiała. Pamiętał dobrze, jak ojciec pytał ją przed wyjazdem: co ci kupić, perełko? A ona, chichocząc, odpowiadała: domek z ogródkiem mi kup, kowboju.
Zbychu westchnął. Różowo-żółte słońce spadało coraz niżej i już tylko rzucało ledwie drgające plamy na trawę. Jakiś ptak wołał coś do drugiego. Tamten odpowiedział. Potem zrobiło się cicho. Ojciec nie kupił domku, ale keyboard. Taki na trzy oktawy. Mama cieszyła się. Podwijała rękawy i grała. Czasem też śpiewała. Cicho, ale ładnie. Był już duży, ale ciągle wciskał się na jej kolana.
To było dawno — mruknął do siebie. Spojrzał w górę. Nad drzewami wisiał księżyc, cienki i obojętny.
— Nie gap się — rzucił cicho.
Coś zaszeleściło w krzakach. Drgnął. Zaraz jednak wrócił do tamtego obrazu. Z matką nauczył się grać jednym palcem: „Szła dzieweczka do laseczka” i śpiewali razem. Obejmowała go jedną ręką, a druga delikatnie uderzała w klawisze. On dołączał jednym palcem na innej oktawie.
To dawno i nieprawda — znów poczuł napięty kark. Ale i tak podszedł do krzaku bzu, wziął w rękę kwiecistą gałąź, wciągnął zapach, odchylając głowę do tyłu. Ten sam, co przywiało z parku, kiedy wyszedł z kościoła. Mignęli mu ksiądz i katechetka. Jej wzrok, kiedy go zatrzymuje i każe czekać. „Pana głos się niesie” — tak powiedziała.
Nagle Zbychu zacisnął szczękę. Zobaczył siebie zaraz po swoich czternastych urodzinach. Ojciec wparował do domu, otworzył swoją puszkę z powiedzeniami i wyciągnął coś nowego, świeżutkiego: życie trzeba żyć. Ojciec nie mówił już do niej „perełko”, a ona nie chciała domku z ogródkiem. Podszedł do niej, chwycił za rękę, szarpnął w stronę instrumentu i krzyknął:
— Graj! Życie trzeba żyć!
Tylko że wtedy matka już nie grała. Siedziała przy oknie i patrzyła gdzieś daleko. Wiedział, że nic tam nie widzi.
Zbychu teraz podniósł patyk i rzucił go w koronę drzewa. Zerwały się ptaki z głośnym narzekaniem. Tamtego dnia stary wyrwał sprzęt i wyrzucił przez okno. Zbyszek najpierw długo na niego patrzył, a potem zszedł i przyniósł roztrzaskany sprzęt. Dostał za to po pysku. Wybiegł wtedy do parku i strzelał z procy do wron. Jedną ustrzelił. Stał nad nim i wpatrywał się, jak macha konwulsyjnie skrzydłami. Skopał ptaka, wrócił z truchłem, rzucił ojcu pod nogi i uciekł. Matka go jakoś obroniła. Jeszcze wtedy potrafiła walczyć.
Teraz, wracając z parku, rozkopywał kamienie. Oddychał ciężko, żwir skrzypiał pod stopami. Tamten obraz nie chciał puścić: matka zapatrzona gdzieś daleko, ojciec krzyczący nad nią. I nie wiadomo skąd wróciła melodia. „Szła dzieweczka…” Zanucił, rozglądając się spłoszonym wzrokiem. Ale to było silniejsze. Wszedł na schody z melodią z dzieciństwa.
Dodaj komentarz