Rozdział IV

W pracy dali mu zielony kombinezon. Trochę za wąski. Trzeszczał przy każdym ruchu. Rozmowny nie był — taa, dobra, no — mówił, jak brygadzista wsadzał go na kosiarkę. Wolał rozglądać się po koronach drzew i śledzić zrywające się do lotu ptaki. Jak już go przeszkolili, dostał pickupa i najchętniej sam by nim jeździł. Do kolegów odzywał się półsłówkami. Gubił się w ich żartach. Wolał robić swoje, niż wyjść na głupka. Zresztą miał o czym myśleć. Tamten ksiądz go zaprosił. Z taką figurą nie gadał nigdy, a on go jeszcze do śpiewania zaprosił. Czasem napadała go myśl: może wyśmieją, i wtedy oblewała go zimna fala, ale za nią przychodziła cieplejsza: mówiła, że dobrze — powtarzał sobie. Będę śpiewał, inni będą słyszeć. I tak przez cały tydzień, raz zimno, raz gorąco. Sobota, na pewno sobota — wymamrotał do siebie przy koszeniu trawy. I jeszcze raz, jak już narzędzia wrzucał do kanciapy.

Wreszcie ubrał się w szarą marynarkę i poszedł. W drodze wyprężył pierś i stukał butami mocniej niż zwykle. Ale i tak przechodziły go dreszcze.

Obszedł kościół z dwóch stron. Na mury nie patrzył. Ojciec śmiał się z klechów. Pamiętał, że kiedy jeszcze chodzili do kościoła (miał z dziesięć lat), stary coraz częściej zostawał na zewnątrz. Opierał się o mur i zapalał papierosa. Zbyszek szedł z mamą, ale któregoś razu zatrzymał się w drzwiach. Ludzie wchodzili, a on stał, popychany przez przechodzących, włosy mu rozwiewało od wiatru, a on stał i patrzył to na ojca, to na matkę. Wreszcie uciekł od matki i pobiegł do ojca. Stary uśmiechnął się krzywo, ale on wiedział, że to był uśmiech dla niego. Czekał na ten krzywy uśmiech. Potem ojciec w ogóle przestał chodzić, to i Zbyszek też.

Teraz zobaczył ludzi — pewnie są z chóru — pomyślał. Wszedł. Drzwi skrzypiały. Trzeba by nasmarować — pomyślał. Grupka młodych nachylała się nad plakatami; rozglądali się, gdzie je powiesić. Rozluźnił ramiona.

— Witam, panie Zbyszku — ksiądz wyciągnął szczupłą dłoń. — A jednak pan przyszedł. Tak na pana napadliśmy…

Zbychu zastygł na chwilę. Patrzył po obecnych, mrugając oczyma.

— Proszę, śmiało, już nawet miejsce mam dla pana. Trzeci rząd.

Twarze skupione, twarze roześmiane, niektórzy machali rękoma. Strzępy rozmów. Nie znał nikogo. Przez chwilę chciał uciec. Do domu, Zuzi, znanego świata.

— Panie Zbyszku? — ksiądz dotknął jego ramienia.

Ocknął się.

— Tam, w trzecim rzędzie.

— Tu masz tekst z nutami — powiedziała Marcelina, sopran w chórze.

Wziął kartkę, popatrzył rozbieganymi oczami. Małe kółeczka z kreskami skakały, trzymane długimi liniami. Są słowa, odetchnął. Dziewczyna patrzyła na niego zmrużonymi oczyma, pokiwała głową i odeszła.

Wyróżniał się przybrudzoną marynarką, czerwonymi plamami, zacięciami po goleniu. Włosy zmierzwione. Pani Ania z dołu dała mu znak, by poprawił fryzurę. Splunął w rękę i przeciągnął po głowie. Czuł się dziwnie, mniejszy jakby. Ktoś stroił skrzypce, inny brzdąkał na gitarze. Czuł ukradkowe spojrzenia innych.

Szum ucichł. Dyrygent podniósł pałeczkę.

Na początku nie było słychać Zbycha. Pierwsze takty przemilczał, tylko ruszał ustami. Patrzył na kartkę. Potem się włączył:

Nie po to, aby niszczyć, lecz aby budować.
Nie po to, aby nienawidzić, lecz aby kochać.
Nie po to, aby potępiać, lecz aby przebaczać.

Zagłuszył wszystkich. Tak wyciągnął, że tylko jego było słychać. Do tego się spóźniał. Raz czy dwa o ton za nisko. Nie kontrolował.

Grymasy na twarzach. Kiwanie głowami. Ostre spojrzenia na Zbycha. Nie nadaję się — czuł, jak piecze go szyja z gorąca.

Po drugiej zwrotce zamilkł. Nawet ustami nie poruszał. Stał sztywno. W końcu chłopak z pałeczką machnął ostatni raz. Nawet nie wiedział, kiedy wszyscy zeszli ze swoich miejsc, a przy nim stanął Mateusz — dyrygent.

— Na początek jedna prosta rzecz: niech pan słucha tych dwóch obok. Głos ma pan dobry, tylko musi przestać śpiewać po swojemu, a zacząć z nami. Tu nie chodzi o to, żeby przekrzyczeć innych.

Z głębi sali dosłyszał tłumiony chichot. To ze mnie — myślał.

— Jak mam śpiewać nie po swojemu!? — żachnął się.

— Swobodnie — wtrąciła się pani Ania. — Przecież w kościele pana głos naprawdę brzmiał. Aż się przyjemnie słuchało. Proszę mi wierzyć…

Rozejrzał się. Spoglądali na niego z ukosa.

— Ta, swobodnie… — machnął ręką. Rozejrzał się, głowa ledwie się obracała na zesztywniałej szyi. — Ja umiem po swojemu i… w ogóle, e… chrzanić to…

Podeszła Marcelina.

— Słuchaj — powiedziała cicho, nachylając się do niego. — Tu nikt nie śpiewa po swojemu.

Zbychu podniósł na nią wzrok.

— Jak chcesz tu być, to robisz, co trzeba. Jak nie, to… nikt cię nie trzyma.

— Marcelina, proszę — ksiądz podniósł oczy i głos.

Ale Zbychu usłyszał mowę, którą znał. Tak z Mundkiem gadali. I zawsze musiał uszy po sobie stulić.

Kiedyś spytał Mundka, skąd takie imię. Ten złożył palce w ciup.

— Mundo, rozumiesz. To świat. A ja jestem człowiek ze świata.

Trzepnął wtedy Zbycha w czoło.

— Głupi jesteś, ale do roboty się nadajesz.

Zawsze musiał słuchać tamtych. Jak nie, to — wypad. Weszło mu w krew, w mięśnie, twarz. Był jak robak rażony prądem, który jednak ciągle do tego prądu wraca.

Teraz też stał jak wmurowany. Ramiona mu drżały. Rozejrzał się spod pochylonej głowy. Czuł, jak mu drga lewa noga. To nie dla mnie, jak śmiecia mnie traktują — coś w środku skrzeczało. Zawinął się na pięcie, aż skrzypnęło, i wyszedł. Drzwi trzasnęły. Przeszedł kilka kroków, zacisnął pięść i zatrzymał się. Walnął pięścią w mur. Słyszał przytłumione rozmowy z sali. Powiedziała: tu nikt nie śpiewa po swojemu — przypomniał sobie. Jakby Mundka usłyszał. Do Mundka zawsze wracał. Choćby napluł, to i tak wracał. Popatrzył na rękę. Spływały trzy strużki krwi. Ręka się trzęsła. Wrócił. Powoli otworzył drzwi. Parę osób spojrzało. Podszedł do dyrygenta.

— Że za głośno? — spytał cicho Mateusza.

— A jednak pan wrócił — spojrzał na niego z góry. Był o głowę wyższy. — No dobrze, proszę posłuchać i… nie uciekać. Chodzi o modulację…

Nie rozumiał, ale wiedział, że go nie wyganiają. Broda powoli przestawała drżeć. Pokrwawioną rękę schował za siebie. Oddychał coraz głębiej. Słuchał i potakiwał głową. Monotonny głos Mateusza uspokajał. Tylko jeszcze ten nerwowy tik oka. Zastanawiał się, czy dyrygent to widzi.

Niektórzy pakowali instrumenty, inni szeptali w grupkach. Mały wróbel usiadł na parapecie i przekrzywił główkę. Zazgrzytał tramwaj. Wróbel odleciał. Zrobiło się cicho. Ludzie powoli wychodzili.

Modulacja — on do mnie powiedział: modulacja — przypomniał sobie na ulicy. Jak do jakiegoś swojego — tak powiedział. Poszukam, co to znaczy — postanowił. Poszedł dalej, słuchając, jak twardo stukają jego buty. Słońce kończyło swój codzienny obchód. Rzuciło na niego plamę światła i pomknęło dalej. Ciężar na żołądku zelżał. Wrócę tam — postanowił i otworzył dłoń. Krew już zaschła. Wrócę i będę śpiewał — powiedział na głos do świata. Jakaś kobieta się odwróciła i przyspieszyła kroku. Wskakiwał na swoje trzecie piętro po dwa schody.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *