Rozdział II

Zachciało mu się śpiewać. W domu miał płyty Rynkowskiego i Krawczyka, znał te piosenki na pamięć. Czasem stawał przed lustrem, brał głęboki wdech i śpiewał tak głośno, żeby zagłuszyć odtwarzacz. Stroił miny, kołysał się w rytm, a Zuzia aż podskakiwała z radości.

Teraz ruszył zdecydowanie. Dostał tę robotę. Szedł na kebab na Kasprowicza. Lubił tam czasem zajść. Po rozmowie jeszcze bardziej chwycił go głód. Na ulicy pachniało jaśminem. Intensywny zapach lekko odurzał, a jemu krew pulsowała w skroniach. Słyszał swoje buty mocno stukające o chodnik. Przed oczami wciąż miał kadrową i te zmyślone koty. Zaśmiał się.

Doszedł do długiego muru otaczającego kościół. Czoło mu się zmarszczyło. Wcześniej tutaj zawsze przyspieszał i odwracał głowę. To miejsce wydawało mu się ponure. Miał wrażenie, że wszyscy w kościele będą na niego patrzeć. Że wiedzą o nim i zaraz pokażą palcami. Nie chciał ich wzroku. Palców tym bardziej. Dlatego uciekał.

Ale teraz zwolnił. Stanął i usłyszał śpiew. Mocne, zwielokrotnione brzmienie. Jakoś przestało mu przeszkadzać, że oskarżą, że wyśmieją, wyrzucą. Zapomniał o kebabie. Dostał robotę, chciał śpiewać.

Wszedł. A właściwie sam nie wiedział, kiedy znalazł się w środku. Skulony, stanął przy samych drzwiach i słuchał, poruszając ledwie ustami. Chwycił melodię i zanucił kilka słów refrenu. Najpierw oddychał płytko, potem podniósł głos. Kilka osób się obejrzało. Uniósł głowę i śpiewał dalej. Potem wyszedł, ale pieśń zabrał ze sobą. Wracał, wybijając rytm o chodnik. Minął lokal z kebabem. Dopiero w domu przypomniał sobie, że nie jadł.

Przyszedł znowu tydzień później. Stanął za ostatnią ławką. Nie pod samym murem jak poprzednio. Skończyli właśnie ostatnią pieśń. Jeszcze słyszał, jak jego głos wypełniał kościół.

Pani Ania stała przed nim. Drgnął, gdy przekazywali sobie znak pokoju; jej spojrzenie ślizgało się po jego przybrudzonej marynarce. Nagle potrząsnęła zaciśniętą w pięść ręką.

— Chór — rzuciła nie wiadomo do kogo.

Po mszy zaczepiła go:

— Przepraszam, że tak zaczepiam, ale słyszałam, jak pan śpiewa. Ma pan dobry głos, tak się niesie…

Oczy jej błysnęły, usta poruszały się szybko. Zrobił krok w bok, jakby chciał się wywinąć od rozmowy.

— Chciałabym zaproponować… Jeśli zechce pan poczekać, ja zaraz wrócę.

Ruszyła w kierunku ołtarza. Obejrzała się za siebie, jakby sprawdzała, czy nie uciekł. Patrzył na wychodzących ludzi. Ciche szepty, przyklękanie przy drzwiach. Stał w prawie pustym kościele. Wyrównał oddech. Dojrzał, jak kobieta wraca z księdzem; nachylała się do niego i coś mówiła, a on potakiwał. W końcu brodą wskazała Zbycha. Czekał, czując, jak napinają mu się mięśnie.

— To jest pan… jak pan ma na imię?

— Zbychu — chrząknął. — Zbyszek — poprawił się.

— Panie Zbyszku, pana głos się wyróżnia. Może zechciałby pan śpiewać w chórze?

Podniósł brwi wysoko. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Otarł je o spodnie.

— Do chóru? Śpiewać? — brwi powędrowały mu jeszcze wyżej. — Nikt mi nie mówił, że mam jakiś… Ja zwyczajnie lubię sobie pośpiewać.

Ksiądz Maciej wymienił spojrzenie z katechetką.

— Też mi się wydało, że słyszę dobry baryton. To nic wielkiego, ale może zechciałby pan spróbować. Mamy chór, zespół muzyczny, to są bardzo mili ludzie. Wszystko tutaj, przy kościele.

Nikt wcześniej tak do niego nie mówił. Nie wiedział, że tak można. Przerzucał wzrok z księdza na katechetkę. Czekał, aż poklepią go po ramieniu i roześmieją się w nos: „Dobra, Zbychu, to taki żart był”. Ale się nie śmiali. Tylko patrzyli otwartymi oczami. Czekali na odpowiedź.

— Nieee, to nie dla mnie, nie będę nigdzie chodził — słowa same wystrzeliły.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko wyjął czapkę z kieszeni i zaczął ją miętosić. Potem odwrócił się i wyszedł.

Nie będę z siebie idioty robił — myślał i przyspieszył kroku. Z parku wiatr przywiał zapach bzu. Wciągnął go mocno. Skręcił w ulicę Kocha. Szedł szybko, oddychał płytko. W głowie wciąż brzmiał mu głos księdza: „Może zechciałby pan spróbować”. Nigdy wcześniej z żadnym księdzem nie rozmawiał.

Nagle minął go chłopak, może trzynastoletni. W twarzy miał strach. Przeszedł na drugą stronę ulicy i oglądał się za siebie, jakby kluczył. Ulica Kocha była wąska, zastawiona po obu stronach samochodami. Nie było gdzie się ukryć.

Zbychu śledził go wzrokiem. Wtedy usłyszał z tyłu pokrzykiwania. Trzech równolatków tamtego wyminęło go. Jeden rzucił kamieniem.

— Ty! I tak cię dorwiemy, ty zgniła parówo! — krzyknął najwyższy, ten w środku. Rozpięta droga kurtka, drogie buty.

Chłopak pojawiał się i znikał między samochodami. Kiedy się odwrócił, Zbychu zobaczył w jego oczach siebie samego sprzed lat. Ścisnęło go w gardle. Chciał podbiec, chwycić elegancika za kurtkę, przywalić mu. Ale tylko patrzył, jak tamten chłopak miga między samochodami i biegnie dalej.

Zbychu zatrzymał się. Palce mu drgnęły — jak wtedy, gdy kadrowa zapytała o koty. Zacisnął je w pięść. Potem rozprostował. Powoli. Rozluźnił barki, a właściwie napięcie samo zeszło.

Ruszył dalej. Nie przyspieszył. Nie odwrócił głowy. Kiedy dochodził do domu, plecy miał proste.

Wszedł. Zuzia stała przy zlewie, metodycznie wycierała talerz. Podniósł brwi. Zuzia zaklaskała.

— Będę w chórze śpiewał — powiedział, prostując plecy jeszcze raz.

Nie dodał nic więcej. Po prostu zdjął buty i poszedł do pokoju. Za sobą zostawił drzwi otwarte.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *