ROZDZIAŁ V

Nie mógł usiedzieć w domu, więc wyszedł do parku. Na placu zabaw dziecko wspinało się po kracie z lin. Ojciec malucha stał na dole i trzymał ręce w pogotowiu. Zbychu odwrócił wzrok. Wargi same powtarzały słowa Mateusza: „Proszę posłuchać, nie uciekać, chodzi o modulację”. Sprawdził, ale dalej nie rozumiał. Dochodził już do wału nad Odrą, po prawej mijał ławkę. Usiadł na niej, ale nagle wstał, jakby parzyła. To ta sama — błysnęło mu w głowie. Odszedł, ale po chwili wrócił. Kopnął ją, aż go przeszył ból. Tak! To było tu: „Chodź, musimy pogadać”. Poszedł dalej. Minął psa z patykiem w pysku. Strząsnął wspomnienie, ale wróciło. Musimy pogadać.

Miał ze dwadzieścia trzy lata. Stary wziął go na bok, objął ramieniem i szepnął do ucha: „Musimy pogadać”. Zbychu zamarł. Pomyślał, że ojciec zechce go zabrać ze sobą. Że w końcu pojadą razem. Już to widział: on rozwalony na przednim siedzeniu i doradzający najlepszą drogę. Ojciec gwiżdże i wyprzedza kolejne auta, a on z głową za oknem wrzeszczy do świata: tu jestem! Weszli do parku. Ojciec szedł szybciej niż zwykle. On dodawał kolejne sceny do swego filmu. Stary usiadł i poklepał się po udach. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

Na tej ławce siedzieli. Popatrzył na rękę, ledwie trzy strupki. Zmienił kierunek. Poszedł w przeciwną stronę — do Kasprowicza. Wtedy na ławce ojciec patrzył przed siebie. Zbychu czekał, aż świat się otworzy. Ojciec chrząknął.

— Matkę zabiorą — powiedział.

Zbyszek nie zrozumiał. Spojrzał wtedy na ojca, ale ten nadal patrzył przed siebie.

— Matkę?

Ojciec westchnął, jakby to było bardzo trudne pytanie.

— Do szpitala. Ma takie zjazdy, że trzeba.

Podniósł ręce, rozprostował palce. Wtedy poczuł, że przewraca mu się w żołądku. Chciał zapytać jeszcze raz, ale nie zapytał.

— Załatwiłem to — ciągnął ojciec. — Zostaniesz z Zuzią. Ty się nią zajmiesz.

Zbychu otworzył usta, ale zaraz zamknął. Przesunął się na sam koniec ławki.

— A ja? — szepnął w końcu z suchym gardłem. — A ja? — powtórzył głośniej.

— Co ty? — ojciec rozłożył ręce, jakby pytanie było drażniącą muchą.

— No ja. Myślałem, że z tobą…, że razem coś…

— Ty masz to ogarnąć — powiedział. — Dorosły jesteś.

Poczuł, że jego film nagle się urwał. Chciał coś powiedzieć, ale go zatkało. W ustach sucho. Ojciec wstał. Otrzepał spodnie.

— To tyle — rzucił. — Wracamy.

Powlókł się za nim. Nogi miał miękkie. Szli obok siebie, ale daleko od siebie. Nie pamiętał drogi do domu. Pamiętał tylko, że w głowie miał pustkę. Potem, już w łóżku, zatykał uszy przed tą ciszą, która waliła z każdej strony.

Teraz też było za cicho. Z zamyślenia wyrwał go ostry pisk autobusu. Jeszcze raz popatrzył na ślad po uderzeniu w mur.

— Pieprzyć te wszystkie historie — szepnął do siebie.

Trochę go puściło. Opowieść, którą nosił od dawna, jakby wreszcie z niego zeszła. Odetchnął głębiej. „No, dosyć” — dodał w myślach. Wyprostował się, odchodził, ale po paru krokach zawrócił i kopnął ławkę jeszcze raz. Tą samą bolącą nogą.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *