ROZDZIAŁ VIII

Następnego dnia ubierał pośpiesznie kombinezon. Pozapinał dokładnie, sprawdził, czy nie pomylił guzików. Dalej trzeszczał, ale już mniej. Pomachał do Basi i tej drugiej, która wyglądała jakby ciągle spała. Tadek go obserwował z przymkniętymi oczami. Miał to gdzieś. Wskoczył na swoją kosiarkę aż jęknęła. Podobało mu się, jak warczy na cały park i zostawia po sobie zakosy ściętej trawy. Chciał kosić i kosić. Do wieczora mógłby tak jeździć. Cały park był pełen wczorajszej muzyki. Chyba było dobrze. Przed oczami, jak zapętlona klisza przesuwali się wszyscy, którzy na niego patrzyli, odwracali głowy, żeby posłuchać.  Aż zatrzymał kosiarkę. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę. Zaśpiewała sikorka. Odpowiedział jej szpak. Zbychu wychylił się i dojrzał jego czarną główkę z metalicznym połyskiem. Wszystko dobrze – pomyślał. Opuścił swobodnie ramiona. Założył z niechęcią słuchawki. Nie słyszał w nich ptaków.

Wtedy pojawiły się te dzieci. Nie wiadomo skąd. Maluchy po siedem, osiem lat. Jeden w bluzie z kapturem, drugi z piłką.

— Proszę pana, proszę pana! — krzyczał jeden. Zbychu zdjął słuchawki — niech mi pan da pokierować. Ja umiem. Z tatą kierowałem.

— Uciekajcie stąd — Zbychu machnął ręką. Dojrzał w oddali Basię, która niosła worek z trawą. Była daleko. Reszty nie widział.

Chłopak nie odpuszczał. Podszedł bliżej, prawie pod samo koło.

— No da pan chwilę. Tylko kawałek.

— Powiedziałem: spadać. Cała symfonia parku zamarła.

Tamten cofnął się, spojrzał na kolegę i skrzywił usta.

— Jaki głupek — rzucił do kolegi, przekrzykując warkot kosiarki — chuj z nim.

Odchodzili powoli. Zbychu zacisnął ręce na kierownicy. Coś mu tylko błysnęło: niedomknięte drzwi, gula w gardle. Zaraz obraz zniknął.  Wytrzymam to, wytrzymam – szepnął przez zaciśnięte wargi. Popatrzył za odchodzącymi. Niech idą, niech już znikną! – wyszeptały wargi. Już oddychał spokojniej, raz, dwa i jeszcze raz – głęboko. Wtedy ten w kapturze odwrócił się i zaśmiał, drugi zawtórował i pokręcił głową. Znikali za krzakami śnieguliczki. W białych gałązkach zobaczył nagle wykrzywioną gębę — rechoczącą, opluwającą go z takim samym śmiechem. Zdawało mu się, że oczy tej gęby pokazują chłopaków i poganiają: zaraz uciekną. Zerwał się z kosiarki. Po kilku skokach dorwał małego. Ten drugi uciekał. Chwycił za kaptur bluzy. Chłopak przewrócił się i zasłonił rękoma. Już miał przywalić, ale całkiem wyraźne usłyszał chrzęst żwiru pod butami tuż obok. Może Tadek zobaczył jak biegł, może Basia się odwróciła. Ktoś wolno szedł po drugiej stronie krzaków, zbliżał się. Podniesiona ręka drżała.

— Nie jestem głupkiem gnojku mały! — warknął i puścił chłopaka. Ten się zerwał, potknął o własną nogę, upadł, obejrzał się, znów biegł, aż zniknął. Zbychu patrzył na oddalającą się postać. Ale nie widział. Drzewa za mgłą, pasy skoszonej trawy falowały. Zrobił parę kroków w jedną stronę, parę w drugą. Oparł się o drzewo. Powoli rozpoznawał teren. Tu alejka, tam krzaki bzu, tu się chowają szpaki. Wyciągnął szyję nad śnieguliczką. Nikogo tam nie było. Żadnej gęby. Tylko jakaś stara kobieta z laską oddalała się wolnym krokiem. To jej kroki słyszał. Wydawały się głośniejsze.

W nocy nie mógł zasnąć. Walił pięścią w łóżko.  Nałożył poduszkę na twarz i mocno przyciskał. Tak jak wtedy – nie wytrzymałem. Znów zobaczył tamten obraz. To było po ich ostatniej kłótni. Trzy lata temu.  Ale ty głupek jesteś – słowa ojca parzyły. Tamtego dnia chodził po pokoju. Drzwi do przedpokoju były uchylone. Ojciec krzątał się przy walizce. Coś sprawdzał, coś przekładał, zamykał i znów otwierał. Jak zawsze. On stał w progu. Przepona mu się ścisnęła. Słowa rzucone w gniewie bolały. I on pyskował i ojciec. Skończyło się na „głupku”. Potem zamilkł, przełknął ślinę i patrzył na plecy ojca. Wiedział, że znowu wyjdzie. I chciał tego. Żeby zniknął z jego życia.

Zbychu przewrócił się, zacisnął mocniej powieki, ale obraz i tak trwał: ojciec poszedł do łazienki. Woda szumiała chwilę. Zbychu podszedł do otwartej torby. Pachniała skórą i czymś ostrym, obcym. Wszystko poukładane. Koszule równo złożone. Dokumenty wsunięte w boczną kieszeń. Wyjął z kieszeni to, co ściskał od kilku minut. Niewielkie. Mieściło się w dłoni, ale ciążyło jak kamień. Wiedział, co to jest. Wiedział, że to nie drobiazg. Dwa dni wcześniej podsłuchał rozmowę z jakimś nieznajomym: – Nie dam rady – mówił ojciec – to gruba sprawa. – W każdym razie zostawiam te dwie paczki i biorę w zastaw klucze od auta.

Miał te paczki w ręku. Przez moment pomyślał, że wystarczy odłożyć. Że jeszcze może. Ale nie. Poczuł, jak coś w nim twardnieje.

Zobaczysz – przemknęło mu wtedy przez głowę. Teraz ty zobaczysz!

Spocony usiadł na łóżku i zakrył twarz rękoma. Najchętniej wyrwałby z pamięci tamtą krótką chwilę po wyjściu ojca z łazienki. To, co wtedy zrobił, siedziało w nim jak cierń.

Tamtej w nocy nie spał. Wsłuchiwał się w każdy dźwięk na klatce, jakby ktoś miał zaraz wrócić. Nad ranem wiedział jedno: z Mundkiem koniec.

Zasnął dopiero nad ranem. Otwarta torba wracała za każdym razem, gdy zamykał oczy.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *