ROZDZIAŁ IX

Zuzia kiedyś zniknęła. Ot tak. Drzwi zostawiła otwarte. Matka jak zawsze w swoim pokoju, twarzą do ściany, a ona w swoich szortach i bluzie wymsknęła się z domu. Szukali jej przez pół dnia. Aż nad rzekę zaszła i tam siedziała, oglądając, jak kaczki lądują i siadają na rzece. Ojciec biegał, ludzi zaczepiał, aż wreszcie ją odnalazł. A potem wydarł się na Zbycha, że siostry nie dopilnował. Od tamtego czasu Zuzia nie mogła wyjść sama.

— Zuzia, pójdziemy razem dzisiaj. Tam są mili ludzie — powiedział Zbychu w dniu kolejnej próby chóru.

Skurcz na twarzy zawsze go chwytał, jak widział ją na progu. Z głową ledwie wychyloną za framugę. Tym bardziej teraz, kiedy kasztany już rozkwitły, muzyka i w ogóle. Podniósł brwi. Ale Zuzia nie zaklaskała. Jej źrenice zaczęły krążyć od sufitu do podłogi. Ubierała się bardzo powoli. Zasznurował jej buty. Wsparła się na jego szerokich ramionach. Szła, trzymając go pod ramię. Jej głowa obracała się jak wahadło zegara, bezustannie wietrzące niebezpieczeństwo.

Kiedy weszli do sali, rozejrzała się, mrużąc oczy. Szum strojenia, ktoś chrząknął, próbował głos. Ksiądz Maciej rozmawiał z młodymi. Chłopcy stali, nie wiedząc, co zrobić z kartonem, z którego wystawały ubrania.

— Menela mamy szukać? — szepnął jeden.

Zbycha coś ukuło. Drugi czy trzeci raz to słyszał. Ksiądz wtedy przygryzał wargi i jakby szybciej się poruszał. Zbychu w swojej bandzie stał na czujce. Obserwował. Po gestach ludzi rozpoznawał, czy wiedzą, że tam kolesie obrabiają mieszkanie. Teraz też rozpoznawał nawet drobne zmiany w ruchach twarzy księdza. Wiedział, że coś w nim siedzi.

— To moja siostra — popchnął Zuzię przed siebie.

Zamilkli. Ksiądz otworzył szeroko oczy, ale zaraz nakrył to zdziwienie uśmiechem. Takim na każdą sytuację. Chłopcy znów popatrzyli na siebie.

— Świetnie, świetnie, że przyprowadził pan siostrę. Zajmiemy się nią, prawda? — podniósł głowę w kierunku chłopaków.

Wyciągnęli do niej ręce, ale ona swoją cofnęła. Potem schowała się za Zbyszka. Tłumaczył jej coś, zaprzeczała przez chwilę, ale w końcu potaknęła. Przestępowała z nogi na nogę. Wyciągnęła głowę, gdy odchodził, jakby chciała go zatrzymać wzrokiem. Poszedł na swoje miejsce w trzecim rzędzie.

— Proszę usiąść — ksiądz dotknął jej ramienia.

Wzdrygnęła się. Stała dalej.

Popłynęły pierwsze akordy.

— Marcelina, nie tak wysoko — krzyknął dyrygent.

Przerwano. Tylko skrzypce skończyły frazę.

— Jeszcze raz, proszę. Trzy, cztery…

Zaczęli równo; pieśń rosła.

— Emmmm, emmm.

Dyrygent odwrócił się. Kilka twarzy wykrzywionych. Spojrzeli w kierunku dziwnego dźwięku. Rozszedł się szmer. Zbychu zbladł, z czoła popłynęły mu kropelki potu.

— Emmm…

Jęk Zuzi w ciszy wybrzmiał głośniej. Zbychu przecisnął się gwałtownie przez drugi szereg. Potrącił dziewczynę w pierwszym, zbiegł na dół. Stała i wyciągała do niego ręce.

Zuzia często jęczała w domu. Ale matka zasłaniała uszy rękoma i uciekała do swojego pokoju, siadała na łóżku, wciskając kolana pod brodę, i machała głową. To wtedy ojciec wziął go do parku na rozmowę. Przez długi czas Zbychu krzywił się na jej widok, trzaskał talerzami, odwracał się albo popychał. Dopiero po latach mógł jej patrzyć w oczy.

Teraz cały spocony szarpnął Zuzię za rękę. Pociągnął do drzwi.

— Panie Zbyszku! — zawołała katechetka.

Nie obejrzał się. Dopiero w progu przystanął, stanął jak zwierzę broniące swej nory. Patrzył przymrużonymi oczami.

Ksiądz Maciej objął się ramionami. Znów te zagryzione wargi. Znów palce chodzą, jakby chciały uciec. Zbychu zacisnął rękę na dłoni siostry, aż zbielała.

Zaszurały krzesła. Plakat już wisiał, ale krzywo. Jeden róg się odkleił. Muzycy stali niepewni, Marcelina wsadzała nuty do torby. Marta pociągnęła ją za rękę. Pan Mietek otworzył okno. Nie widział tamtych skupionych na nim spojrzeń, kiedy stał na swoim miejscu i śpiewał. Ani jednego. Liczył wcześniej tych po jego stronie. Teraz nie widział nikogo. Docierały jakieś słowa, ale spojrzeń nie było. Chciał je przywołać; nie wracały. Obok przechodził chłopak w okrągłych okularach i pomachał głową. Nie był po jego stronie. Wyszedł.

Na zewnątrz zrobił parę kroków, ale nogi nie chciały iść. Musiał wrócić. Stanął pod oknem. Zuzia spojrzała na niego i zaczęła przebierać nogami. Podniósł szybko brwi, raz, potem drugi. Nie odpowiedziała, ale przestała się kręcić. Ciągle ją trzymał za rękę.

— Poczekajmy chwilę — szepnął. — Już nie ma tych wszystkich ludzi. Potem pójdziemy na lody.

Zbliżył się do otwartego okna. Firanka lekko falowała. Przez sekundę zajrzał do środka. Zobaczył grymas na twarzy pani Ani i jej rękę stukającą o udo. Dochodziły strzępy zdań:

— Mietku, nie teraz…

Potem przez chwilę nie rozróżniał słów. Nagle niemal krzyk Marceliny:

— Zamknij się, Paweł!

Zaszurało krzesło, usłyszał kroki, pochylił się, pociągnął Zuzię w dół. Kiedy się podniósł, dojrzał stojącego tyłem Pawła, sprawdzającego szkła okularów. Potem okularnik zniknął i znów tylko szmery. Nagle ostry głos katechetki:

— Ja się tym zajmę.

Ktoś z głębi coś powiedział, ale nie dosłyszał. Nagle przy samym oknie wyraźny głos księdza:

— Tak… trzeba człowieka wyciągnąć…

Potem jeszcze coś dodał, ale za cicho. Wtedy skrzypnęły drzwi. Wyszedł pan Mietek. Ale poszedł w drugą stronę. Zbychu pociągnął siostrę.

Na ulicy Zuzia przywarła do niego oboma rękoma. Szli szybko. Na łuku drogi zapiszczał samochód. Z włoskiej restauracji dochodził gwar. Jakaś kobieta zaśmiała się wysokim tonem.

— No już, spokojnie, wracamy do domu.

Zbychu nie potrafił wyrównać oddechu. Jakby się nawdychał spalin ze swojej kosiarki. Ona w niego wczepiona jak małe dziecko. A on przygarniał ją i jednocześnie odtrącał. Wbijał w jej bok swój łokieć. Przed oczami ciemno, zakuło w środku. Nie mógł oddychać. Powietrze nie napełniało płuc. Osłabł. Ledwo się dowlókł do domu. Zapomniał o lodach.

Długo nie mogli zasnąć. Zuzia jęczała, on liczył oddechy i tych, którzy byli jeszcze po jego stronie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *