ROZDZIAŁ X

Zbychu nie pamiętał, kiedy dobrze spał. Zwalał się po pracy, miękki materac przyjmował jego zwinięte ciało, ale głowa nie puszczała. Przed zaśnięciem przeskakiwały mu za powiekami wyciągnięte ręce, szepty, głośne stukanie butów. Bał się zasypiać. Bo w nocy przychodziło jeszcze gorsze. Zawsze około trzeciej. Jakby ci po tamtej stronie się umówili, by nigdy nie zapomniał. Tej nocy, dwa dni po próbie, też miał swój sen. Zbudził się zmęczony. Potem jakoś w robocie rozciągnął mięśnie, pooddychał świeżym powietrzem i przeszło.

Po obiedzie zajrzał pod umywalkę. Ciągle kapało. Musiał wreszcie to załatwić. Wyjrzał przez okno, narzucił bluzę i wyszedł kupić klucz do rur na róg Kamieńskiego i Żmigrodzkiej.

Zaczęło mocno wiać. Gałęzie drzew przechylały się na jedną stronę, by nagle zmienić kierunek. Wywiewało nawet piach z chodnika. Zbychu naciągnął kaptur.

Szedł swoją ulicą Mochnackiego i na rogu z Kamieńskiego mijał monopolowy. Szarpnął mocniejszy poryw. Przy drzwiach stał gość w brudnym swetrze. Wyciągał rękę i przesypywał drobniaki z jednej ręki do drugiej. Potem z powrotem. Patrzył w swoje miedziaki, pochylając się do przodu. Ledwo łapał równowagę, kiedy mocniej zawiało.

Zbychu zwolnił, odwrócił się w jego stronę. Tamten też podniósł głowę.

— Roman? — Zbychu zatrzymał się.

Tamten zrobił rozkrok i utrzymał się w tej pozycji przez parę sekund.

— No i co, że Roman?

— No to ja, Zbychu. Zniknąłeś, a teraz znowu tu?

— Masz dwa złote? Albo lepiej pięć? Do małpki brakuje.

Jego rzadkie włosy szarpał wiatr. Spodnie miał porwane. Nogawka od kolana ledwo się trzymała.

— Roman, nie pamiętasz mnie? Zbychu, spod szóstki, ty pod dziesiątką mieszkałeś.

Tamten odchylił głowę. Z wysiłkiem łapał ostrość. Potem skurczył się, odwrócił bokiem, zakrył dziurę na łokciu. Westchnął głęboko. Gdy zawiało na Zbycha, poczuł smród. Poszperał w kieszeni, wyciągnął kilka monet. Najwyżej klucz kiedy indziej kupię — pomyślał.

Roman chwycił monetę i już się odwracał, ale jeszcze raz przyjrzał się Zbychowi.

— No co tak się gapisz? — bąknął. — Że taki obwieś jestem? No jestem.

Wchodził już na schodek.

— Czekaj — rzucił Zbychu. — Ty do nas przychodziłeś.

Lubił Romana, bo zawsze witał go: „Cześć, młody. Jak leci?” i czekał na odpowiedź.

Roman pokiwał się przez chwilę, nagłym ruchem pociągnął po włosach i twarzy. Jakby chciał coś zmyć z tej twarzy.

— Ty z moim starym jeździłeś.

Przypomniał sobie jego zapach — ostry i mdły. Wcześniej starał się dobrze wyglądać.

— Zawsze piłeś mocną herbatę. Siedziałeś na tym samym krześle. No nie pamiętasz?

Tamten wzruszył ramionami, ale stare czasy jakby wracały. Jakby oświetliła je jakaś smuga światła spod przetrawionego alkoholu. Ciągle stał bokiem, poszarpana nogawka powiewała jak chorągiew upadku. Pokiwał znów głową, wydął wargi.

— Baba nawet dzieciaka nie pozwala zobaczyć — żachnął się. — Po to przychodzę — rozumiesz?! Tamto to gówno. Nieważne. Menel teraz jestem, i co tak się gapisz? Twój ojciec… — Roman jakby trzeźwiał. — Co z nim?

— Mój ojciec to był skurwiel — słowa same wyskoczyły. Jakby siedziały gdzieś pod czaszką i czekały właśnie na taką okazję.

Zbycha przeszedł dreszcz, jakby dźwięk tych słów go poraził. Wyciągnął rękę w stronę Romana.

— Ty…, ty to dobrze wiesz — dodał.

Wargi drżały jak u dziecka, które powiedziało za dużo. Jak zawsze w domu przy ojcu.

Stali ciągle pod sklepem. Zaczęło smagać deszczem. Małe krople w świetle latarni wściekle tańczyły, porywane to w jedną, to w drugą stronę. Błysnęło. Pierwsza wiosenna burza. Obok przeleciała reklamówka niesiona wiatrem.

Roman odchylił głowę do tyłu. Brwi poleciały w dół, mgła zamroczenia rozwiała się, oczy błysnęły.

— Co ty gadasz?

— Mój ojciec to skurwiel, nie ma go, zniknął — ciągnął. Wyplute słowa wyskoczyły z jeszcze większą siłą.

— Słuchaj, ja z nim w dzień i w nocy byłem, ja go znam. To nie był skur….

— Dla mnie był.

Zbychu pożałował tych pięciu złotych. Mógł klucz kupić, a nie głupot wysłuchiwać. Stali i krzyczeli do siebie. Słowa leciały z wiatrem.

— Co ty…? On dla ciebie…

Znów błysnęło. Potem grzmot.

Roman krzyknął coś jeszcze, ale Zbychu usłyszał tylko: „…żebyś się pchał w to gówno!”.

Roman potrząsnął głową, jakby strząsał resztę alkoholowej mgły.

— Kurwa, zaleje mi wszystko! Taką se norę zrobiłem pod dyktą, tam… — machnął ręką. — A teraz mi zaleje. Muszę lecieć… wiatr porozwala, zamoknie… Albo rozkradną.

— Co on dla mnie? — Zbychu przekrzykiwał szum wiatru.

Zza zakrętu wytoczył się autobus. Roman się zerwał; autobus syknął i zatrzymał się. Zbychu zobaczył wskakującego do środka Romana. Chwilę stał, patrząc niewidzącym wzrokiem, aż autobus odjechał.

Zapiął kurtkę pod szyją. Wytarł twarz z deszczu. Szedł jeszcze chwilę do żelaznego, ale przypomniał sobie, że już mu zabraknie kasy. Wrócił ciężkim krokiem.

„Co on dla mnie” — wracało jak refren.

W domu Zuzia spała. Usiadł przy oknie. Wiedział, że musi znaleźć Romana. Nora z dykty — gdzieś w centrum. Tam, gdzie są też inni — powtarzał, by zostało w głowie. Musi się dowiedzieć, gdzie to. Musi usłyszeć koniec zdania.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *