Zbychu często miewał napięty brzuch. Macał się po nim, ale to było bardziej w środku. Czasem nawet skręcało go i wykrzywiało z bólu. Był u lekarza, ale ten wyjął mu długą rurkę z gardła i powiedział: Ja tu nic nie widzę. To musi być coś z głowy. Popatrzył wtedy na Zbycha i zapytał: Pan ma jakieś problemy? Nie wiem, stresującą pracę? Zbychu wtedy wzruszył ramionami. Najbardziej go brało, jak miał z Mundkiem iść w nocy na włam. Ale ostatnio jakby puszczało.
W sobotę był gotowy godzinę wcześniej. Chodził po mieszkaniu ubrany, włosy przylizał ze trzy razy i poszedł. W sali od razu wskoczył na swoje miejsce. Wyciągnął głowę z ramion. Potem rozszerzył trochę stopy. Nic nie bolało. Zaczął śpiewać i od razu poczuł moc własnego głosu. Słyszał te obok, ale jego był silniejszy. Jak ma pomóc w chórze, to musi być taki. Chłopcy przy ścianie popatrzyli na niego i na siebie. Jeden trzymał do połowy rozwinięty plakat. Zbychu zdołał dojrzeć: Konkurs chórów… Dyrygent na sekundę zatrzymał pałeczkę.
– Najpierw mój gest, potem pana dźwięk – to do Zbycha. – Marcelina, nie przeciągaj. Marta trochę głośniej. Paweł nie przesadzaj, nie jesteś solistą.
Katechetka złączyła dłonie jakby zaraz miała klaskać. Dziewczyna ze skrzypcami podniosła na niego oczy i pociągnęła mocniej smyczkiem.
Nagle zobaczył siebie, kiedy miał z siedemnaście lat. Ojciec wpadł do domu z nowym powiedzeniem: Jedziemy łapać tęczę i rzucił na stół kluczyki od samochodu. Oczy mu się rozbiegły i długo nie mogły zatrzymać. Jego pierwsza podróż z ojcem. Gdzieś na bocznej ulicy ojciec wysiadł i rzucił mu kluczyki. Dawaj – pokazał szarmanckim ruchem kierownicę. Serce ledwie nadążało. Szarpał, silnik zdychał, ale ojciec patrzył z boku i… nie wrzeszczał. Zobaczył kawałek tęczy. I teraz tą tęczę chciał wyśpiewać. Mógłby tak ciągnąć i ciągnąć w nieskończoność. Ale pieśń się skończyła. A potem nagle cisza przerywana jedynie szelestem, skrzypnięciem buta, oddechami.
— Brawo! – krzyknęła katechetka. Ale tylko ona tak głośno. Marta ledwie się uśmiechnęła, Marcelina wydęła wargi. Inni pakowali się, pan Mietek wzruszył ramionami. Zbychu rzucał spojrzenia po obecnych. Na ułamek sekundy zatrzymywał na jednych, innych tylko omiatał wzrokiem. Drżał i krople potu spływały na nos. Nie te same co u kadrowej. Tamte były ze strachu. W głowie słyszał jeszcze ostatnie frazy. Ostatni zszedł ze swego miejsca i szedł wolno do wyjścia.
Czuł spojrzenie księdza na plecach. Jakby wypalały dziury.
— Panie Zbyszku — usłyszał. Wyhamował i stanął niepewnie. — Proszę do nas.
Ksiądz zawołał też wysokiego chłopaka w okularach — dyrygenta.
— Mateusz, co sądzisz?
— Jest dobrze. — Odwrócił się do Zbycha. — Wie pan co? Pan ma w głosie taki silnik, tylko on teraz chodzi trochę nierówno. My go nie chcemy wyłączyć, my go chcemy wyregulować. Rytm i śledzenie mojej ręki – to jest to regulowanie.
Mateusz podniósł palcem okulary. Rzucił spod nich okiem na Zbycha. Ten otworzył szeroko oczy. — To dobry początek — skończył nieco niższym tonem dyrygent — z odrobiną techniki i regularnych prób będzie pan naprawdę dobry.
Zbychu włożył ręce do kieszeni, ale zaraz wyjął. Patrzył na Mateusza, potem na księdza.
Ten ostatni zmarszczył brwi. Uśmiechnął się, ale zaraz ten uśmiech schował. Jakby za tym schowanym uśmiechem coś ukrywał. Nabrał pełną piersią powietrze. Rozluźnił guzik przy szyi.
— Czyli dobrze? Bo…
— Bardzo dobrze — nie dała skończyć katechetka — Mateusz jest bardzo wymagający, ale tym proszę się nie przejmować. On tak zawsze. On by nawet Mozarta poprawiał… Zbychu popatrzył na nią zdziwionymi oczyma. Odwrócił się do niej bokiem. O co jej chodzi? – przeszło mu przez myśl. Nigdy nikt go nie chwalił. Jednocześnie wyłowił ponure spojrzenie pryszczatego chłopaka pakującego swoje nuty. Miał wykrzywione wargi i poruszał nimi jakby rzucał przekleństwa. Znał takie twarze.
Kiedy wychodził zatrzymał się przy drzwiach. Do księdza podeszła grupka młodych. Wyławiał pojedyncze słowa: zbiórka, ubrania, bezdomni. Potakiwali głowami. Jakaś dziewczyna coś objaśniała. W oczach księdza zobaczył błysk. Potem wyszedł.
Wreszcie na ulicy! Było już po deszczu. Gdzieś zawyła karetka, przebiegła dziewczyna z komórką przypiętą do ramienia. Minął roześmianą parę.
Stanął przed witryną sklepu. W odbiciu twarz z niebieskimi oczyma. Znów się obejrzał. Czasem mijała dobra chwila zanim się otrząsnął z dziwnego wrażenia, że niebieskooki go śledzi. Potrząsał głową, by strącić te dziwnie uparcie patrzące na niego oczy. Zawsze potem przez chwile drżał, zanim się uspokoił. Niebieskooki nie był prawdziwy. Ale był.
Chmury nie mogły się zdecydować: polecieć dalej, czy opaść deszczem. Przegnał zjawę i szedł ostro naprzeciw porywów wiatru. „Silnik rozregulowany. Tak jak w pickupie” — parsknął śmiechem.
W domu wyciągnął z kieszeni kartkę z nutami. Obejrzał dokładnie. „To jest melodia” — pokiwał głową. Wyprostował kartkę na stole ręką, potem jeszcze wygładził. W głowie zawirowało; między nutami zobaczył dwie niebieskie kropki. Jakby oczy.
Przyszła Zuzia.
— Co masz?
— A to taka kartka z melodią i słowami.
Popatrzyła mu przez ramię i dotknęła palcem jednej z nut. — Ładne — powiedziała. — Jak ptaszki. Zbychu spojrzał. Rzeczywiście, nuty wyglądały jak ptaki na drucie.
— Dali mi to na chórze, wiesz?
— Po co?
— Bo dobrze śpiewam, tak mówią, wiesz?
— Wiem, mówiłeś.
— I mówili, że mam silnik do regulowania. Acha, jeszcze, że nierówno chodzi. – zaczął burczeć udając rozklekotany gaźnik. Zuzia się śmiała. On też się śmiał. I znowu wybuchł śmiechem. A za nim ona. Kręciła się w kółko z podniesionymi rękoma. Silnik co nie chodzi. Nie mogli przestać. Gdy w końcu ucichli, Zbychu otarł powieki. Zuzia spojrzała na niego z takim błyskiem w oczach, jakiego dawno u niej nie widział. Ale zaraz potem przypomniał sobie wykrzywione wargi. Pryszczaty głupek! – uderzył otwartą ręką w stół. Jego radość zbladła a potem ściemniała. Mechanicznie przykleił kartkę do szafy, żeby mógł patrzeć, jak będzie się ubierał..
Dodaj komentarz