ROZDZIAŁ XIV

Zbychu za powiekami miał jej drobne palce zaciskające się na wózku, ruch głowy, gdy się odwracała.

Tego dnia pierwszy raz się przejaśniło. Trzy dni padało. Po deszczach trawa nabrała świeżości. Zapach lipy i akacji roznosił się po całym parku. Pracowali w czwórkę. Mężczyźni zwozili obcięte gałęzie, kobiety przycinały i odłamywały mniejsze gałązki. Darek przeciągnął się i stęknął.

Wózek ze starszą panią okrytą pledem pojawił się niespodziewanie. Młodsza pchała go, wciągając zapach parku. Zbychu stał tyłem. Odwrócił się gwałtownie na znajomy zgrzyt kółka.

— …do tej pory je czuję w żołądku — stara niemal krzyczała. — Pierogi z ohydnym mięsem — prychnęła. — Chcesz mnie zatruć? Pozbyć się matki?!

Beata kręciła głową. Wykrzywione wargi, mgła na oczach. Ręce zaciskające się na wózku. Jakby go miała nagle pchnąć z najbliższej górki.

Zbychu wrósł w ziemię. Palce zaczęły mu same poruszać, jakby chciały uciec z ręki i zawisnąć nad starą. Oddychał płytko. Podszedł, a właściwie nogi same podeszły i poniosły resztę. Przeszedł go prąd. Taki podskórny.

— Dzień dobry!

— Ach, to pan… — Beata zatrzymała się gwałtownie. Głowa matki poleciała do przodu i nieco opadła. — Ja panu nie podziękowałam. Pan tak szybko poszedł.

Rozejrzała się. Zmrużonymi oczyma zmierzyła innych. On machnął ręką. Prawie zahaczył kobietę na wózku.

— Pan tu pracuje?

Starsza przyglądała się jego wypchanej w łokciach bluzie, plamom na spodniach. Odwróciła głowę. Zbychu musnął ją wzrokiem. Słońce odbijało na jej nogach tańczące liście. Tylko głowa pozostała w cieniu.

— Beata, pojedźmy dalej, tu robotnicy pracują, nie przeszkadzajmy.

— Mamo, ten pan nam pomógł. — Jej usta wygięły się w wymuszony uśmiech.

— Dobrze, podziękuj i jedziemy.

Zbychu rozczapierzył palce, jakby próbował je uspokoić. Noga mu zadrżała. Dziewczyna na ułamek sekundy spojrzała na jego napiętą dłoń.

— Ciekawa praca, natura wokoło.

— Pocięliśmy gałęzie teraz, bo same mogą spaść — rozejrzał się dookoła po drzewach. — Niech pani popatrzy. — Słowa nadlatywały jak ptaki. — Niektóre drzewa mają takie guzy. Kiedyś ludzie wierzyli, że uzdrawiają. — Rozejrzał się, chciał pokazać. Przesunął się tak, by jego cień padł na kobietę w wózku.

Na twarzach ekipy uśmieszki. Starsza pani uderzyła rękoma w kolana. Zobaczył to kątem oka. Zaraz ją walnę, tę starą sukę — miał tuż pod czaszką. Ręka do połowy podniesiona, palce wyprostowane. Ale przełknął to, bo zobaczył w oczach Beaty to samo napięcie: codzienną walkę z kimś, do kogo nic nie dociera.

— Beata! Jedziemy? Przecież miałaś mi puścić kantaty Bacha.

Nagle starsza skierowała palec w kierunku Zbycha. Dźgnęła go tym palcem, wypaliła dziurę w brzuchu. W miejscu, w którym trzymał swoje mroczne historie. W najmroczniejszą mroczność.

— Pan zna się na muzyce?

Jej szyja nie mogła być dłuższa.

— Ja? — Zbychu nabrał powietrza. Całe powietrze z parku nabrał w płuca. — Śpiewam w chórze. — Odbił te sztylety z jej oczu, wykonał unik i wbił swoją włócznię.

Mina starej gasła, jak szybko dopalające się ognisko. Został sam popiół. Już nic nie powiedziała.

Był tego samego wzrostu co Beata. Dwa razy szerszy. Nogi miał mocne, kark gruby. Ale oczy dziecka.

Stał lekko pochylony, jakby zamarły w oczekiwaniu.

Beata wzięła głęboki wdech. Matka szarpnęła kołem z niecierpliwością.

— Skrzypi — krzyknął Zbychu.

Odwróciły się obie.

— Kółko, to małe, się wykrzywiło. Mogę naprawić.

Już pchała wózek dalej, ale znów wyhamowała, jakby coś ją szarpnęło za rękaw.

— Tak, jeśli pan może…

Kiedy odjechały, wrzasnął do Magdy:

— Ty! Co tam tak skrzeczysz?

Kropelki śliny zalśniły w słońcu, a potem powoli opadły. Od tego palca starej w środku paliło, ale on to już znał. To było jego. Stał i płytko oddychał.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *