ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Beatę zobaczył po raz pierwszy koło szewca. Wciągała wózek ze starszą panią po trzech schodkach. Małe kółka miotały się jak odnóża przewróconego żuka. Stara wpiła się rękami w poręcze. Ta młoda jedną ręką poprawiła spadające na czoło włosy. Wózek się zachwiał. Złapała go odruchowo. Na twarzy miała czerwone z wysiłku plamy.

— Mamo, czy musimy?
— Tak, musimy, bo ten partacz źle przykleił obcas. Dwa dni pochodziłaś i odpadł, tak?
— Mamo, to moje buty!
— Nie szkodzi, trzeba go nauczyć, że taka fuszerka nie popłaca.

Beata rozglądała się bezradnie. Wciągnęła go dopiero na pierwszy stopień.

— Może pomogę? — zaproponował.

Ta na wózku zmierzyła go ostrym wzrokiem. Chwycił za ramę i wciągnął wózek na podest. Gdy stanął na płaskim, młodsza cicho podziękowała. Zdmuchnęła niesforny kosmyk, wyprostowała się i rzuciła na Zbycha krótkie spojrzenie. Ale stała dalej, jakby chciała powiedzieć coś więcej. On też stał. Patrzył na jej twarz. Coś w niej drgało. Nie wiedział, co. Poprawiła włosy o ułamek sekundy za szybko. Na wargach pojawił się leciutki grymas. Zauważył to natychmiast. Zawsze takie rzeczy zauważał.

— No, wjeżdżaj — pociągnęła ją za rękaw starsza pani.

Zbychu zszedł ze schodków. Zrobił parę kroków, ale zatrzymał się. Z zakładu szewca dochodziły podniesione głosy.

— To jest skandal, pan się kompletnie nie zna…
— Ja, pani, znaju swojo rabote.

Przychodził tam często ze swoimi rozklepanymi butami. Rozmawiali o prostych sprawach. Znaleźli wspólny język.

Zawrócił. Wcisnął się do małego pomieszczenia. Popatrzył na drgające policzki szewca. Na jego uniesione, zastygłe w bezruchu ręce. Ukosem spojrzał też na dziewczynę. Zauważył, jak drży jej twarz.

— Panie Wołodia, niech pan przyjmie te buty, proszę. Pan mnie pamięta. Tyle już rozmawialiśmy. Ja nie dla siebie proszę.

Szewc poruszał zaciśniętymi wargami. Trawił słowa. Kobieta na wózku ucichła, twarz wciąż napięta.

— Ta pani niepotrzebnie krzyczy — wydusił z siebie Wołodia.
— To niedużo roboty. Proszę pana.

Szewc spojrzał na Beatę. Uciekła wzrokiem.

— No dobre, ja to przykleju jeszczo raz.
— Dziękuję — odezwał się Zbych.

Odwrócił się i otworzył drzwi. Rzucił ostatnie spojrzenie na Beatę. Nie była piękna. Coś w jej twarzy i niespokojnych ruchach rąk przyciągało go bardziej niż uroda.

Powoli wyszedł i zamknął drzwi.

Beata pchała wózek za mocno. Głowa starszej latała do przodu i do tyłu. Wreszcie odwróciła się, zaciskając palce na bokach wózka.

— Przestań tak szarpać — fuknęła.
— Mamo, ja po prostu mam tego dość. To już za dużo. Nie wytrzymuję.
— Ale czego nie wytrzymujesz? — cały czas trzymała się poręczy, aż palce siniały.
— Ty dobrze wiesz, czego. Po tym wszystkim, co mi zrobiłaś, ciągle się tobą zajmuję, wożę do lekarzy…
— A co ty masz do roboty? Przecież nie pracujesz, dzieci nie masz.

Stanęła, uderzyła w obręcz. Matka aż podskoczyła.

— Tak, do cholery — rozejrzała się, bo podniosła głos — nie pracuję. O to właśnie chodzi, że nie pracuję! Bo się tobą zajmuję cały czas. Rzuciłam granie dla ciebie. Czy ty to rozumiesz?!
— Przecież mamy pieniądze. Dlaczego tak się unosisz? Jeszcze kto usłyszy!
— A wiesz co, mam w nosie, czy usłyszy, czy nie, mogę to wykrzyczeć nawet tu, na ulicy!

Podniosła głos. Kilka osób się obejrzało. Niewiele, bo akurat było pustawo. Tylko wrony zerwały się z drzew i z łopotem odleciały. Chciała wrzasnąć o Krystianie. O tym, jak zobaczyła matkę w bieliźnie, a jego bez koszuli. Ale słowa stanęły jej w gardle. Nie wykrzyczała tego. Zacisnęła zęby.

Ręce jej drżały. Matka nie odzywała się przez resztę drogi.

Krystian miał czelność zadzwonić parę lat po tamtym zdarzeniu, kiedy przyłapała go z matką.

Na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Miała je usunąć, ale to była nić z tamtym światem. I z tymi kilkoma chwilami wypełnionymi uczuciem. Podniosła telefon i przez chwilę trzymała go, jakby ważyła jego ciężar.

— Tak, słucham — ostro.
— Cześć, Beata — ten sam głos co kiedyś. Miękki i przymilny. — Zostawiłem u ciebie takie materiały…
— Słuchaj, dupku! — wypluła. — Przeszedłeś po mnie jak po drabinie, żeby dostać się do mojej matki. Jesteś zwykłym mięczakiem, rozumiesz! Nie obchodzą mnie żadne materiały.

Wcisnęła czerwone w telefonie i rzuciła go na kanapę.

Potem wyszarpała wszystkie papiery od Krystiana i darła je na najdrobniejsze kawałeczki. Podłoga wyglądała jak jej poszarpana przeszłość. Włączyła odkurzacz i wciągnęła je wszystkie do jego brzucha.

— To jest ich miejsce — rzuciła twardo.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *