ROZDZIAŁ XV

Przed piątą próbą świeczka nie zgasła ani razu, kartka rytmicznie falowała w górę i w dół. Potem śpiewał i liczył, kto za nim. Chyba dwóch więcej. Tylko ten z pryszczami ciągle furkał i coś marudził. Ale go olał. Niech marudzi. I Mateusz się tylko raz przyczepił. Coś zjeść i lecieć — tłukło mu się po głowie przy ostatnich wersach pieśni. W domu Zuzia stała i patrzyła, jak się miota po kuchni. Wodziła wzrokiem za jego gwałtownymi ruchami. Nie rozumiała.

— Muszę teraz wyskoczyć, bo taka pani… bo mnie prosiła… dobra, w każdym razie wracam za godzinę — pokazał jeden obrót zegara. Potem wybiegł, trzaskając drzwiami.

Kiedyś miał kobietę. Minęło już z pięć lat. Może sześć. Studentka. Wynajmowała mieszkanie piętro wyżej. Którejś nocy usłyszał pod domem krzyki. Wyjrzał, zbiegł na dół. Odpychała jakiegoś gościa, który ją obmacywał. Trzepnął go bez słowa. Tamten, lecąc na glebę, patrzył zdumiony na Zbycha.

— Misiu — powiedziała wtedy Iwona — skąd się wziąłeś?

Rzuciła mu w twarz woń alkoholu zmieszaną z perfumami. Chwycił ją pod ramię i zaprowadził pod drzwi. Potem wyczekiwał jej, odchylał firanki, kiedy zajeżdżała taksówka pod bramę. Wysiadała i jej ostry śmiech przerywał ciszę wieczoru. Czekał jeszcze chwilę i wychodził na korytarz, by ją odprowadzić. Otwierała drzwi, podtrzymując się jego ramienia, i wpuszczała go do środka. On zdejmował jej kurtkę, układał buty niedbale zrzucone z nóg i przykrywał ją, patrząc na wymęczoną nocnymi imprezami twarz. Czekał, aż zamknie zamglone oczy, i szedł do siebie. Któregoś razu przyciągnęła go do siebie. Został, ale jej ciało było obce.

Wszystko trwało raptem kilka tygodni. Został parę razy na noc, ale potem tylko przykrywał ją i szedł do siebie. A jednak roiło mu się, że może razem…, że da się coś z tego ulepić. Że ona musi tak, ale potem jej minie, że jak będzie tak ją przykrywał, to może popatrzy na niego inaczej. Nie tymi tylko zapitymi oczami.

— Ty ze mną?! Misiu, ty jesteś nikim — fuknęła i roześmiała się. Nie popatrzyła inaczej.

Potem było kilka dziwek. Nie potrafił z nimi rozmawiać. Szukał jakiejś szczeliny, pęknięcia, przez które mógłby się dostać do wnętrza. Nie znajdywał.

Z Beatą spotkali się koło szewca. Jak za pierwszym razem. Zbychu siedział już od kwadransa na schodku. Obok stała skrzynka z narzędziami. Wyłowił znany metaliczny zgrzyt: „iiii, iii”. Podbiegł, przejął wózek. Ukradkiem spojrzał. Taka sama wyrazista twarz. Dżinsy, bluzka włożona za pas. Rozpuszczone włosy opadające na ramiona. Zwyczajna. Ani ładna, ani brzydka.

— Dziękuję panu, że zechciał się zająć tym kółkiem. To kółko strasznie hamuje… Ciężko prowadzić.

Zbychu otworzył skrzynkę.

— Może jakoś pomóc? — zapytała.

Zastygł na chwilę, zmierzył ją wzrokiem.

— Niech pani poda klucz dziesiątkę.

— Z kluczy znam tylko wiolinowy — zaśmiała się zbyt gwałtownie.

Zacisnął wargi. Sam wyjął klucz.

— Wiolinowy?
— Tak, wiolinowy. Ja… jestem skrzypaczką.

Gwałtownie podniósł głowę.

— Ja też… to znaczy śpiewam. W takim chórze przy kościele — pokazał ręką kierunek. Zajrzał, czy widać wieżę, ale było za daleko.

— Wiem, mówił pan. Mama nie mogła uwierzyć.

Rozkręcał śrubę, ale już wolniej. Wyjął kółko, obejrzał je, przetarł szmatą, psiknął WD-40.

— Taki jeden mówił, że dobrze.

Przypomniały mu się uśmiechy z chóru. Te policzone.

— Inni też — dodał.

— Pan ma szkołę muzyczną?

Podniósł na nią oczy. Ścisnął mocniej klucz w ręku.

— Nie, nie mam — wziął głębszy wdech.

— Aha — powiedziała cicho, ale jemu zadźwięczało to w uszach jak dzwon. Wyprostował się.

— Mam dobry baryton. Ksiądz sam kazał przyjść.

Milczała chwilę, patrząc gdzieś obok. Przesunęła dłonią po ramie wózka.

Z warzywniaka obok wyszła pani Zosia. Zapaliła papierosa. Pomachała ręką. Nie widzieli jej.

— No ale do chóru chyba nie biorą tak po prostu — rozłożyła ręce, ale szybko je schowała za siebie.

Odstawił kółko. Oparł ręce na kolanach i patrzył na nią z dołu.

— Po co pani tak mówi?

Drgnęła.

— Jak?

— Jakby pani od razu wiedziała, kto może śpiewać, a kto nie.

Spojrzała na niego szybko.

— Nie to, że wiem, ale tak po prostu jest. Tak mnie przynajmniej uczono.

Zawiał wiatr. Włosy spadły jej na twarz. Odrzuciła je głową, trochę nerwowo.

— Najpierw szkoła, potem ćwiczenie, potem znowu szkoła. Wszystko musiało być dobrze. Mama pilnowała… — urwała nagle i machnęła ręką.

Patrzył na nią chwilę. Zacisnął zęby. Potem znów pochylił się nad kółkiem.

— A pan? — zapytała ciszej. — Skąd to śpiewanie?

Wzruszył ramionami.

— Z domu. Z mamą śpiewaliśmy. Dawno.

Zamilkła. Jakby to „z mamą” ją ukuło.

— Czyli pan z mamą śpiewał…

— Tak, to było dawno… ale śpiewałem — przerwał jej i skierował głowę w kierunku domu.

— Ja też grałam dla mamy… — zacisnęła wargi — to znaczy z mamą dużo razem pracowałam…

— Dla mamy pani grała? — przerwał.

Wzdrygnęła się, jakby powiedziała za dużo. Strzepnęła gwałtownym ruchem listek z ramienia, zrobiła krok, ale zaraz wróciła. Skierowała w niego palec. Jej ręka drżała.

— W parku pan powiedział, że moja mama nie słucha.

— Bo nie słucha.

— Pan ją obraził.

— Pani też…

Spojrzała na niego ostro.

— Co ja?

Wskazał brodą na jej dłonie.

— Pani też nie słucha.

Objęła się rękoma. Znów zamilkli. Na ulicy obok ktoś krzyknął, przejechał, bzycząc, skuter, ze środka zakładu doleciał stuk. Ulica żyła, ale jakby obok.

— Mama się obraziła — powiedziała w końcu niepewnie.

— Należało jej się.

Podniosła głowę.

— Pan jest okropny.

— A pani gada tak jak ona.

Wciągnęła powietrze, jakby chciała coś odburknąć, ale nic nie powiedziała, tylko gwałtownie je wypuściła.

Wcisnął kółko na miejsce, postawił wózek, przejechał nim kawałek do przodu i z powrotem.

— Już myślałem, że pani jest inna — powiedział, stojąc tyłem. — Ale nie. Z pani wychodzi to samo co z niej!

Długo nic nie mówiła.

— Pan już naprawił? — zapytała wreszcie i podniosła się zbyt szybko.

— Naprawiłem.

Z zakładu wyszedł szewc i zaczął zamykać drzwi. Rzucił na nich okiem, uśmiechnął się pod nosem i poszedł.

Zbychu został przy wózku. Beata obok. Stali tak blisko, że kiedy poruszył ręką, dotknął ją ramieniem. Nie odsunęła się. On też nie.

Spojrzała na kółko, potem na jego ręce. W końcu podniosła oczy. Stał naprzeciw niej, ciężki, nieruchomy. Z bliska wydała mu się mniejsza. Ściągnęła ramiona do środka, ale została.

Podniósł rękę, jakby chciał coś jeszcze poprawić przy wózku, lecz zatrzymał ją w pół ruchu.

Chwyciła za wózek i, odwracając się, powiedziała:

— Dziękuję.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *