Tego dnia pierwszy raz po trzech dniach deszczu się przejaśniło. Trawa nabrała świeżości. Zapach lipy i akacji roznosił się po całym parku.
Pracowali w czwórkę. Mężczyźni znosili obcięte gałęzie, kobiety przycinały i odłamywały mniejsze gałązki. Darek przeciągnął się i stęknął. Basia spojrzała porozumiewawczo na Magdę, tę wiecznie zaspaną. Potem nachyliła się i szepnęła jej coś do ucha. Ta spojrzała na nią, jakby pytała, czy musi. Zbychu wychwycił tylko pojedyncze słowa: szminka, włosy. Rzucił okiem na Magdę. Rzeczywiście wyglądała inaczej. Włosy miała poprawione, usta mocniej zaznaczone. Basia pchnęła ją lekko łokciem, chwyciła Tadka za rękaw i odeszła z nim w stronę alei. Przez chwilę dziewczyna się rozglądała, jakby nie wiedziała, co zrobić z gałęziami w rękach.
Zostali sami. Zbychu ciągnął dużą gałąź. Magda stała kawałek dalej i patrzyła na niego spod przymrużonych powiek.
— Ale ty jesteś silny — powiedziała, zerkając jeszcze tam, gdzie odeszła Basia.
przeciągnął gałąź jeszcze kawałek i strzepnął z dłoni drobne igły. Magda zrzuciła chrust i stanęła obok, trochę bokiem.
— Ja się ciebie nie boję — rzuciła. — Tadek gadał różne rzeczy. Że kiedyś miałeś jakieś akcje czy coś. Mnie to nie obchodzi.
Stanęła na wyciągnięcie ręki. Poczuł od niej zapach kobiety. Coś w nim drgnęło.
— Ty, a ty spotykasz się… no, wiesz? Masz kogoś na stałe? — zapytała, patrząc w trawę. Czubkiem buta rozsunęła kilka drobnych gałązek.
— Nie mam. No i co z tego?
Przeleciała mu przez głowę Iwona i parę innych. Magda oblizała wolno wargi.
— Bo jakbyś chciał kiedyś gdzieś wyjść… czy coś.
Spojrzał na rozchylony dekolt, na jasną skórę między piersiami. Przez sekundę chciał wyciągnąć rękę. Zamiast tego nabrał powietrza.
— No bo w sumie, znamy się już trochę, nie? To będzie z miesiąc. Ty zawsze taki ponury… — Pokręciła butem w ziemi. — Tak naprawdę to Baśka mnie namówiła. Ale zresztą, po co to całe gadanie! Ty jak zwykle nic nie powiesz, jak jakiś mruk.
— Czyli tak naprawdę to Baśka…
— Nie, sama chciałam, tylko nie miałam odwagi.
Odeszła, jakby spłoszona własnymi słowami. Zbychu kątem oka dojrzał Baśkę, machającą rękami. Magda odmachnęła jej gwałtownym ruchem. Rozeszli się. Poczuł mrowienie, jak kiedyś z Iwoną. Ale już nie podszedł.
Wózek ze starszą panią okrytą pledem pojawił się niespodziewanie. Młodsza pchała go, wciągając zapach parku. Zbychu stał tyłem. Odwrócił się gwałtownie na znajomy zgrzyt kółka.
— …do tej pory je czuję w żołądku — stara niemal krzyczała. — Pierogi z ohydnym mięsem — prychnęła. — Chcesz mnie zatruć? Pozbyć się matki?!
Beata kręciła głową. Wykrzywione wargi, mgła na oczach. Ręce zaciskały się na wózku.
Zbychu podszedł, sam nie wiedząc kiedy.
— Dzień dobry!
— Ach, to pan — Beata zatrzymała się gwałtownie. Głowa matki poleciała do przodu i nieco opadła. — Ja panu nie podziękowałam. Pan tak szybko poszedł.
Rozejrzała się. Zmrużonymi oczami zmierzyła innych. On machnął ręką.
— Pan tu pracuje?
Zbychu rzucił okiem na starą. Widział, jak przygląda się jego wypchanej w łokciach bluzie, plamom na spodniach. Odwróciła głowę. Słońce rzucało na jej nogi tańczące liście. Tylko głowa pozostała w cieniu.
— Beata, pojedźmy dalej, tu robotnicy pracują, nie przeszkadzajmy.
— Mamo, ten pan nam pomógł. — Jej usta wygięły się w wymuszony uśmiech.
— Dobrze, podziękuj i jedziemy.
Zbychu rozczapierzył palce, jakby próbował je uspokoić. Dziewczyna na ułamek sekundy spojrzała na jego napiętą dłoń.
— Ciekawa praca, natura wokoło.
— No, tak, tu pracuję.
Od razu odnalazł tamte gesty: leciutki grymas na wargach, drżący głos. Znów zobaczył, jak poprawia kosmyk przy zakładzie Wołodii, jak pcha z wysiłkiem wózek.
— Praca dobra, spokojna, ptaki można pooglądać… — dodał, rozluźniając ręce.
— No i towarzystwo — przerwała, spoglądając na resztę. Na sekundę zatrzymała wzrok na Magdzie.
— A nie! Oni to tylko robota i wygłupy.
Na twarzach ekipy pojawiły się uśmieszki. Starsza pani uderzyła rękami w kolana. Zobaczył to kątem oka. Znów rozprostował palce. Przełknął ślinę, jakby się powstrzymywał, żeby go nie poniosło.
— Beata! Jedziemy? Przecież miałaś mi puścić kantaty Bacha.
Nagle starsza skierowała palec w kierunku Zbycha.
— Pan zna się na muzyce? Wyciągnęła szyję i wbiła wzrok w Zbycha.
— Ja? — Zbychu nabrał powietrze. — Śpiewam w chórze. — Patrzył na palec, nie na nią. Nie chciał widzieć tej pokrzywionej twarzy.
Mina starej gasła, twarz jej się wydłużyła. Już nic nie powiedziała.
Stał lekko pochylony, jakby zamarł w oczekiwaniu.
— No to jest po równo, pani słucha muzyki, a ja śpiewam.
— Nie, nie, młody człowieku — pomachała palcami — nie jest po równo. Śpiewać trzeba umieć.
— Tak samo słuchać, a pani to chyba nikogo nie słyszy.
Stara pokręciła głową.
— Nie będę z panem dyskutować. Impertynent. — To już po cichu, do siebie.
Beata wzięła głęboki wdech. Spojrzała na Zbycha, przekrzywiając głowę, oczy szeroko otwarte. Matka szarpnęła wózkiem z niecierpliwością.
— Skrzypi! — krzyknął Zbychu.
Odwróciły się obie.
— Kółko, to małe, się wykrzywiło. Mogę naprawić.
Już pchała wózek dalej, ale znów wyhamowała, jakby coś ją szarpnęło za rękaw.
— Tak, jeśli pan może…
— To koło szewca. Za dwa dni — rzucił, jakby wiedział od dawna, że to powie.
Kiedy odjechały, patrzył jeszcze chwilę za nimi. Rozbiegane oczy przerzucił na swoją ekipę. Zatrzymał wzrok na Magdzie. Jej twarz wydała mu się przestraszona. Może trochę niepewna. Szukał tamtego dreszczu, pobudzenia w lędźwiach, ale nie znalazł. Patrzył na jej usta, przeniósł wzrok na piersi. Ale już nie widział w niej tamtej kobiety sprzed paru chwil.
— No tego, mam robotę. Muszę wózek naprawić.
Potem zabrał się z powrotem do pracy.
Dodaj komentarz