W pracy, dwa dni po próbie, grabił trawę i nucił.
Podszedł brygadzista. Byli sami.
— Ty — Tadek podrapał się po głowie — baby gadają, że ty za uszami masz.
Zbychu zacisnął rękę na trzonku grabi. Zatrzymał się w pół ruchu. Wolno odwrócił się do brygadzisty. Ten wzruszył ramionami.
— To takie babskie gadanie, ale… Rozumiesz chyba… Tu różni już byli, jeden no nawet…, nieważne, już go nie ma. A ja tu porządek chcę mieć, a nie jakieś…
Zbychu zatrzymał grabie całkowicie.
— Wszystko jest w papierach — nawet nie spojrzał na Tadka. Poczuł, jak po plecach cieknie mu pot.
— Wiem, tak mówię… — brygadzista stanął bokiem, splunął na trawę. — Żeby mi tu policja nie zajeżdżała… — dodał, patrząc gdzieś w dal. Przez sekundę rzucił spojrzenie na chłopaka. — No, to tyle.
Zbychu odwrócił głowę, nie chciał, żeby Tadek widział jego czerwoną szyję. Przełożył trzonek do drugiej ręki. Opuścił głowę, ale szyja napięta. Zęby zazgrzytały. Pociemniało mu w oczach. Tadek już zrobił ze trzy kroki, kiedy usłyszał:
— Wal się! — Zbychu rzucił ostro. — Nie potrzebuję twoich…
Pomachał rękoma, grabie spadły. Podniósł je z wściekłością.
— Nie będziesz mi gadać, co było!
Tadek stał z otwartymi szeroko oczyma. Usta tylko otworzył, ale nic nie powiedział. Zbychu wbił grabie w ziemię, szarpnął. Wyleciała darń z ziemią.
— Ty! Przestań! — wreszcie odezwał się zdławionym głosem brygadzista.
Chłopak z całej siły zacisnął na trzonku ręce. Oddychał ciężko. Potem powoli oparł grabie o drzewo. Zagryzł wargi. To dobra robota — pomyślał — Zuzia, chór. Po co się rzucam! Popatrzył na Tadka ze strachem w oczach. Rozłożył ręce.
— No bo tego…, nie chciałem tak… Czasem mnie ponosi.
Brygadzista wykrzywiał wargi, jakby ważył w nich słowa. Zbychu przełknął ślinę. W ustach sucho. Rozłożył ręce dwa razy.
— Żebyś się nie doigrał! — rzucił Tadek, ale tak, jakby sam się tych słów przestraszył.
Potem odszedł. Zbychu przez chwilę stał jeszcze i patrzył, jak drży mu ręka. Rozejrzał się. Wokół było spokojnie. Lekki wiatr poruszał listkami. Brygadzista szedł przed siebie i nawet się nie obejrzał.
Spojrzał pod nogi. W wyrwanej darni coś mu mignęło — jakby krzywa gęba szczerzyła zęby prosto do niego. Mrugnął. Obraz nie zniknął od razu. Przydepnął go butem. Rozmazana gęba rozsypała się w źdźbłach i ziemi.
Oddychał ciężko. Czuł jeszcze w ustach tamten smak, kiedy najpierw ciemnieje mu przed oczami, a potem słowa same lecą ostre, twarde, jakby mówił ktoś inny. Zacisnął powieki.
Przypomniał sobie Mateusza. To, że mówił do niego spokojnie, jak do swojego. Że uciekł, wrócił, a oni go nie wyrzucili. Nie obśmiali. Zobaczył jeszcze raz spojrzenie dyrygenta. Było skupione na nim. Jakby był naprawdę ważny. Ręka powoli przestała się trząść. Zbychu obejrzał się jeszcze raz, ale już nic niezwykłego nie zobaczył.
Następnego dnia kilka razy na sekundę skrzyżował wzrok z brygadzistą. Tamten jakby złagodniał. Tak samo mówił do Zbycha jak do reszty. Nie odstawił go.
Mateusz kazał mu ćwiczyć: przed lustrem stać i śpiewać, dmuchać równo na świeczkę, ale żeby nie zgasła, klaskać do taktu. We wtorek Zbyszek stanął przed lustrem. Zaczynał kilka razy, bo przez chwilę mignęła mu twarz Mundka, drwiąco patrzącego na jego wygłupy. Otwierał usta i zamykał. Zuzia kręciła głową. Stała w progu w rozklepanych kapciach, zakrywała twarz rękoma, a potem je otwierała. I chichotała.
— Co się śmiejesz, siostra?
Uciekła do siebie. Usiadł, przetarł ręką czoło. Zuzia znów wychyliła się ze swego pokoju. Poczuł się, jakby coś w nim puściło. Obraz Mundka rozproszył się, zastąpiła go jasna twarz siostry. Zaczął cicho śpiewać gamę: do, re, mi… Podniósł brwi, Zuzia zasalutowała. Wyprostował się. Kątem oka ją obserwował. Miał swojego widza.
— Patrz, Zuzia! — wziął głęboki wdech. — Do, re, mi, fa, sol, la, si, do.
Ręka po schodkach wchodziła na górę. Potem w dół. Zuzia zaczęła klaskać. Sama z siebie. Zbychu powtórzył. A potem jeszcze raz. Wreszcie pokiwał głową przed lustrem. Tamten z drugiej strony też się zgodził. Potem zaczął energicznie szperać w pudle z płytami CD. Wyciągnął płytę Krawczyka. Zaczęli śpiewać „Parostatek”.
Zuzia klaskała razem z nim i podskakiwała.
— Ej, siostra! Równo! — pokrzykiwał. — Teraz, teraz! Klask, klask!
W środę wyciągnął świeczkę. Zapalił ją i dmuchał tak, żeby nie zgasła. Ale kark miał napięty i szyję czerwoną, bo sobie przypomniał kłótnię z brygadzistą. Świeczka ciągle gasła. Próbował kilka razy. Strącił wreszcie kupkę wypalonych zapałek na podłogę.
Potem obserwował siostrę, jak siedziała na podłodze i układała kredki według kolorów. Wszystko musiało być na swoim miejscu. Zbychu patrzył, jak skupia się na każdej kredce. Ona miała w sobie porządek. On — chaos.
Czekał na czwartek. Druga próba. Wszedł raźniej. Twarze były bardziej oswojone. Takie, na których mógł zawiesić wzrok przez parę sekund. Szukał potakiwania głową, śladów uśmiechów. Łapał coraz więcej słów, przestał skakać oczami jak wystraszone zwierzę.
Rozumiał już prawie wszystkie uwagi Mateusza:
— Jest lepiej, naprawdę. Mniej ucieka pan do przodu, to już słychać. Teraz chciałbym, żeby pan nie bał się cichszych fragmentów.
Wiosna atakowała zapachami. Kasztanowce wypuszczały kleiste pąki, zapach bzu był wszechobecny. Na ulicy patrzył na ludzi, obserwował, słuchał strzępów rozmów. Przedtem by przyspieszył kroku. Teraz szedł swobodnie i wciągał nowe zapachy.
Dodaj komentarz