ROZDZIAŁ XVI

Patrzył, jak odchodzi. Nie odwróciła się. Robiła się coraz mniejsza i wreszcie zniknęła za budynkiem. „Wielka dama!” — rzucił sam do siebie. Powrzucał z hałasem klucze, kopnął nogą skrzynkę. Szedł pochylony i wsłuchiwał się w słowa dźwięczące w głowie: „mama się obraziła”, a potem krótkie i ostre: „dziękuję”. Dopiero w domu wrócił ten moment, kiedy stali, ledwie się dotykając.

Zaraz po powrocie zabrał się za sprzątanie. Dokładnie wytarł szufladę z mąką i kaszą. Wyczyścił wreszcie zlew z zacieków. Tarł mocno, aż Zuzia zaglądała przez ramię, co robi. Patrzyła na jego szybko poruszające się ramię. W końcu sama chwyciła ściereczkę i zaczęła wycierać blat obok. Pracowali razem w milczeniu.

Dwa dni potem poszedł na próbę. Śpiewał i wyobrażał sobie, jak ona otwiera oczy ze zdziwienia. Dla nikogo wcześniej nie śpiewał. Nie dla kobiety. Dla ojca kradł i szlajał się z Mundkiem, ale dla kobiety nie śpiewał. Obserwował kątem oka Mateusza. Już wiedział, co oznacza jego spojrzenie, ruch ręki, nagły zwrot ciała. Robił, jak kazał.

Beata po powrocie zbiła dwa talerze. Przy drugim zacięła się i wyssała krew z rany. „Prostak” — rzuciła do potłuczonej porcelany i wypluła krew do zlewu. U mamy przetarła kurze i wymyła jej włosy. Kiedy patrzyła na jej plecy, wróciło tamto zdanie, które powtarzała sobie setki razy: On po prostu przeze mnie chciał się do niej dostać. Do jej wpływów. Przeze mnie do niej, mnie czarował, żeby do niej — powtarzała i powtarzała, by w końcu się odczepiło, ale ono ciągle w niej furczało. Wycierała plecy matki, jakby szorowała patelnię. Ta się odwróciła i spojrzała jej w oczy. Ale nic nie powiedziała.

Dopiero kiedy wychodziła, rzuciła:

— Czyli on śpiewa, tam w chórze?

Beata zastygła przy drzwiach.

— Tak, śpiewa, a co?

Z przedpokoju widziała tylko fragment matki. Rękaw i część twarzy. Starsza poprawiała pościel. Jej ręka poruszała się z góry na dół.

— Nic, tak pytam — odpowiedziała.

Beata zamknęła drzwi.

Na klatce schodowej oparła się o ścianę. Może i on chce czegoś od matki. Trzepnęła się w czoło. Głupia jestem.

Następnego dnia z osiedla Czartoryskiego pojechała z matką w stronę nowej alei. Matce podobało się, że jest tam równo i że wszystko wokół porządnie urządzili. Beata dwa razy zwalniała, wreszcie nagle zawróciła, ścisnęła ramę wózka i przyspieszyła. Matka obejrzała się i wbiła palce w ramę wózka. Kilka minut później stały już na rozwidleniu alejek w parku.

— Po co mnie tu przyciągnęłaś?

Beata nie odpowiadała. Rozglądała się. Matka śledziła jej wzrok. Wiatr zawijał jej sukienkę to w jedną, to w drugą stronę. Nie zauważyła. Z boku nadbiegł Zbychu. Było parę minut po jedenastej.

— Oo, to pan — rzuciła, spuszczając głowę.

Matka chwyciła za boki wózka. Wykrzywiła twarz. Beata podniosła wzrok spod pochylonej głowy. Zbychu przechwycił spojrzenie i ułożył twarz w uśmiech.

— Już nie skrzypi — rzucił.

— Tak, już nie denerwuje.

— No, jedźmy — matka szarpnęła wózkiem.

Pojechały. Dziewczyna obejrzała się jeszcze i wskazała brodą wózek. Zbychu zrozumiał ten gest. Potaknął głową.

Następnego dnia, kiedy skręcały do parku, usłyszała tylko:

— To jest naprawdę żałosne.

Pominęła to milczeniem. Pchała wózek i spoglądała na zegarek. Ekipa Zbycha pracowała w innej części, ale znów podszedł. Matka machała głową, a Beata podniosła rękę, jakby trzymała smyczek.

— W przyszłym tygodniu będziemy sadzić drzewa — powiedział, rozglądając się.

Starsza pani poruszyła wózkiem. Odjechała parę metrów. Zbychu odprowadził ją wzrokiem. Zacisnął pięści. Beata ciągle stała. Oddychała szybko, na twarzy pojawiły się rumieńce. Pokiwała głową.

— Pan się na mnie obraził…

— Nie — zaprzeczył natychmiast.

Tadek krzyknął na niego, pomachał ręką, by wracał. Ale stał.

— Pani to wszystko z musu… — wyszarpał z siebie to, co układał przez trzy dni. Miało być, że ja to znam, jak z Zuzią gadam. Ona inaczej myśli. Potem zmienił: Ja z matką to też nie potrafię gadać. I jeszcze wymyślił: Pani tak dużo mówiła przez mamę, bo ona taka ostra. Ale to trzeba tak z siebie. To ostatnie mu się najbardziej podobało. Ale zapomniał wszystkiego i zostało: pani to wszystko z musu.

Spojrzała mu w oczy na sekundę, potaknęła głową. Potem podeszła wolno do matki i chwyciła ramę wózka. Stała patrząc przed siebie.

Zbychu tarł ręce o spodnie.

– Niech pani przyjdzie do kościoła – rzucił do jej pleców. – Na Kasprowicza. Taki wielki kościół. Po prawej jest sala. Tam śpiewamy, tam jest muzyka – krzyknął.

Nie odwróciła się. Słyszała, ale zacisnęła ręce na wózku i odjechała.

–  Muzyk – żachnęła się matka i pokiwała głową.

Na kolejnym spacerze ominęła park. Wiedziała, że znów podejdzie, a ona nie mogła tak jak… jakaś durna ćma. Do czego ja lecę? – powtarzała sobie tak jak tamto: on przeze mnie do matki…

I te jego prześwietlające oczy. Aż się wzdrygnęła. Zawinęła poły kurtki. Tylko z daleka spojrzała na park.

Po powrocie w domu wyjęła gwałtownie skrzypce. Pierwszy raz od miesięcy. Długo oglądała. Starła kurz. Obejrzała smyczek. Przypomniała sobie słowa: Już myślałem, że pani jest inna. Ale nie. To samo w pani siedzi, co w matce. Pociągnęła raz. Przestraszyła się dźwięku. Obejrzała wokoło. Wreszcie cicho zaczęła grać koncert skrzypcowy E-moll Bacha. Smyczek coraz mocniej sunął po strunach, muzyka wypełniała całe mieszkanie. Beata grała ostro, za szybko, za głośno. Przestała na chwilę, by zaraz impetem ciągnąć dalej. W uszach jej dzwoniło. To nie było wewnętrzne drżenie – jak uczyła ją matka. To była kanonada dźwięków. Wreszcie usiadła i otarła pot z czoła.

Zbychu wrócił, rzucił skrzynkę w kąt i stanął w rozkroku na środku małego przedpokoju. Zajrzał w głąb mieszkania. Zrobił krok, znów stanął. Potem ruszył twardo. Od trzech lat nie otwierał tych drzwi. To był zakazany pokój, od kiedy ojciec zniknął. Zamknął go i chciał zapomnieć. Drzwi były jak gorąca blacha. Parzyły, gdy przechodził obok. Ale teraz klamka była zimna, normalna. Zuzia zamarła i przestępowała z nogi na nogę. Cicho jęczała. On też na chwilę się zatrzymał. Pomacał ścianę, znalazł włącznik. Blade światło padło na dawno niewidziane sprzęty. Odetchnął głębiej. Powoli wszedł, jakby nie chciał zbudzić jakiegoś śpiącego tam ducha, i wyciągnął stary odtwarzacz CD. Taki na baterię. Włożył płytę Krawczyka. Sprawdził. Potem wyszedł cicho, ale zaraz za drzwiami go poniosło. Zbiegał po trzy stopnie. Ulica się bujała. Tańczyła razem z nim, kiedy wymachiwał odtwarzaczem. Masz dobry baryton — szumiały drzewa, a ludzie się uśmiechali. Po prostu mam dobry baryton — myślał. Ona jeszcze nie wie, jak śpiewam.

Pod zakładem szewca włączył. Zaczął nucić:

W starym albumie u mego dziadka
Jest takie zdjęcie, istny cud.

Ludzie zatrzymywali się. Kobieta z torbą, z której wystawał por stuknęła się palcem w czoło i obeszła go łukiem. Przestraszona matka chwyciła małego chłopczyka na ręce. Zbychowi głos się na chwilę załamał. Tylko Krawczyk z odtwarzacza ciągnął:

Parostatkiem w piękny rejs,
Statkiem na parę w piękny rejs…

Z drugiego piętra nad warzywniakiem wychyliła się głowa i zaczęła rzucać obelgi. Zbychu zgasł na chwilę, skulił się, przeszedł wzdłuż dwóch bloków i zaczął znowu:

Parostatkiem w piękny rejs,

Statkiem na parę w piękny rejs…

Rozglądał się po oknach, ale nie wiedział, w którym jej szukać. Śpiewał ciszej. Nie tak jak na początku.   Wreszcie urządzenie zamilkło. On jeszcze przez chwilę ciągnął dalej:

Przy wtórze klątw bosmana,
Głośnych krzyków aż od rana.

Ktoś zaklaskał. Jakieś dzieci szły za nim i naśladowały jego ruchy. W końcu zachrypł. Było ciemno, jak wrócił do domu..

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *