Piąta próba Zbycha. Otworzył drzwi z pochyloną głową i szybko wskoczył na swoje miejsce. Oczy i uszy miał zamknięte. Byle nic nie mówili o tamtym — syczało coś w środku — byle nic o Zuzi. Na początku bardziej mruczał niż śpiewał. Powoli wychylił się spod swego pancerza i rzucał szybkie spojrzenia na innych. Badał, jak na niego patrzą. Marcelina pokazała kciuka w górze. Marta potakiwała głową. Podniósł trochę głos. Wszedł na właściwy rejestr. Usłyszał się i włączył w chór, tak jak poprzednio, a nawet lepiej. Kątem oka dostrzegł Mateusza; nawet on w półuśmiechu podniósł koniuszek ust. Na Pawła nie spojrzał. Dobrze mu się śpiewało. Żywo, radośnie. Rozluźnił się. Poczuł, jakby otwierała się klatka. Jakby przywiało świeże powietrze. Przez chwilę wydało mu się, że stare historie nie istnieją.
Po próbie podeszła do niego katechetka.
— Panie Zbyszku… Dobrze dziś było. Naprawdę dobrze.
Rozejrzał się. Skrzypaczka podniosła smyczek. Marcelina uśmiechnęła się.
Stanął jak zawsze trochę bokiem.
— Chciałam chwilę porozmawiać. Jeśli pan może.
Nie odpowiedział.
Przesunęła się lekko, żeby spojrzeć mu w twarz.
— Bo my tu wszyscy trochę się o pana martwimy. O pana i o Zuzię.
On odwrócił się jeszcze bardziej. Ciągle miał w sobie śpiew, wypełniony był tym śpiewem jak świeżym powietrzem, a ta kobieta włazi.
— Nie ma o co.
— Może i nie ma — powiedziała cicho. — Ale czasem człowiekowi jest trudno, nawet jeśli mówi, że sobie radzi.
Podniósł głowę. Spojrzał na nią twardo.
— Panie Zbyszku, ja nie chcę wchodzić z butami. Pytam tylko, czy nie przydałaby się jakaś pomoc przy siostrze.
Często sobie wymyślał, żeby wreszcie wyjść przed wszystkich, powiedzieć dwa słowa i patrzeć, jak słuchają. Nie tylko Zuzia. Ale kończyło się jak zawsze — stał z boku i potakiwał. Może teraz…
Zmrużył oczy. Otworzył usta, ale zaraz zamknął. Wreszcie się odezwał.
— Może by się przydało — patrzył jej prosto w oczy. Jakby sprawdzał, czy uwierzy.
— No właśnie. Nie od razu, bo to trzeba sprawdzić, co da się zrobić.
Zbychu ułożył twarz w krzywy uśmiech. Potaknął głową, śmiejąc się pod nosem.
Marta i Marcelina rozmawiały szeptem. Pan Mietek spojrzał w ich stronę i zaraz odwrócił wzrok. Na chwilę salę rozświetliło słońce. Potem znikło.
— Ja nie wiem, nie znam się, co tam trzeba…
— Nie szkodzi, jakoś to poukładamy.
Ksiądz Maciej położył mu dłoń na ramieniu, ale Zbychu natychmiast się wywinął i wyszedł.
Wszedł z Wincentego Pola. Stare drzewa przy starych willach pachniały przyszłymi szyszkami i owocami. Klasnął w dłonie. Zaśmiał się.
W domu Zuzia kiwała się na krześle. Trzymała w ręku puszkę. Nie potrafiła otworzyć. Od razu chwycił, wyciągnął zawleczkę i zapachniało fasolą. Zuzia śledziła jego ruchy.
— Siostra, dziś śpiewałem i wiesz co? To nic, że tam wtedy jęczałaś. To nawet lepiej, ci powiem. A jak śpiewałem! Mówię ci. Taka jedna dziewczyna patrzyła na mnie cały czas i ciągnęła smyczkiem, i patrzyła — ze Zbycha wylewał się potok słów nie do zatrzymania. — A ja śpiewałem tak, że… no najlepiej, rozumiesz?
Zuzia wrzuciła fasolę na patelnię. Nie patrzyła na niego, tylko przestępowała z nogi na nogę.
— A potem ta kobieta, taka wysoka z kręconymi włosami, ona zaczepiła: czy wszystko u nas dobrze, bo jak jęczałaś, to wiesz, ona…
Zuzia trzasnęła patelnią o palnik. Zbychu podskoczył.
— No co ty?
Odebrał jej patelnię, pomieszał, spróbował. Dobre. Nakroił chleba i siedli do stołu.
— No i ona, że niby się martwi, że coś tam, coś tam, a ja jej, że niby trzeba pomocy. Ale ją nabrałem!
Zuzia nie patrzyła na brata. Odsunęła się od stołu.
— Ja tam nie chcę iść — powiedziała nagle.
— No co ty? Dobrze, że poszłaś. Teraz to ja najlepiej śpiewam. A oni tam, tacy ważni wszyscy, to tak chodzą i myślą, rozumiesz… — wyprostował się. — Ale to ja — stuknął się w pierś — ja byłem najlepszy.
Przez dwa dni chodził z wyprostowaną głową. Pierś do przodu, długi krok. W pracy oddychał pełną piersią. Wciągał wiosnę i śledził ptaki na drzewach. Nawet raz zaczepił tę śpiącą.
— Ty! Obudź się, wiosna przyszła.
Magda popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Coś zaczęła mówić, ale się odwrócił. Podśpiewywał i machał grabiami, jakby cały park był jego. Jeszcze trzeciego dnia rozpamiętywał, jak to omamił katechetkę. Siedzieli z Zuzią przy obiedzie. Podniósł brwi. Zuzia zaklaskała. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Przez judasza dojrzał obcą twarz. Kobieta z wielką szopą włosów na głowie. Uśmiech od ucha do ucha.
Stanęła w półmroku korytarza, kiedy otworzył. Patrzył na nią lekko pochylony.
— Jestem asystentką społeczną — przedstawiła się.
Zuzia uciekła do pokoju. Połowę jajecznicy zostawiła na talerzu. Zbychu usiadł i mrugał oczami.
— Ładnie tu, czysto — kobieta omiotła spojrzeniem pokój, omijając kołtuny kurzu w kątach. — Przeprowadzamy taką okresową kontrolę. Tu mam zapisane, że ma pan już przyznaną opiekę. Wiem, że przychodzi pani Krystyna i zajmuje się Zuzią. To tak zostanie.
Wyjęła teczkę z kartkami. Zbychu spojrzał na papiery, potem na nią. Poczuł się jak na rozmowie z kadrową. Parzyły go te papiery.
Zuzia cicho wyszła ze swojego pokoju.
— Ty jesteś Zuzia?
Schowała się.
— Kochanie, poczekaj — powiedziała łagodnie kobieta.
Po chwili Zuzia przyniosła swój notatnik. Rysunki i słowa pisane dużymi literami z zawijasami. Potem znów uciekła.
— No, pięknie.
Przez chwilę oglądała, wyprostowała kartki. Jej twarz posmutniała.
Kobieta przerzuciła wzrok na Zbycha.
— Ciężko panu.
Westchnęła i lekko pokiwała głową.
— Ale po co pani przyszła? — zapytał. Już nie trzymał tak wysoko głowy. — Nie potrzebujemy żadnej pomocy. Tu przychodzi taka jedna. Rysuje z Zuzią i w ogóle.
— Tak, widzę w dokumentach. Chciałam tylko zapytać, czy pan daje radę? Czy nie jest za trudno?
— Niepotrzebna żadna pomoc — podniósł głos, wszedł w wyższy rejestr. — Tak ma być.
Kobieta rozłożyła ręce.
— Wydawało mi się, że pan chce jakiegoś wsparcia. Tak się dowiedziałam.
— Ale o co pani chodzi? Przecież sama pani powiedziała, że czysto i tego… Ciężko, nie ciężko, da się żyć.
Zaczęła mu drżeć noga. Przytrzymał ją.
— Ja teraz w chórze śpiewam, tam mnie chwalą, robotę mam dobrą w parku, coś nie tak jest?
Popatrzył na papiery. Ciągle parzyły. Zuzia stała w progu i trzęsła się. Najpierw nikt tego nie widział. Ale akurat asystentka podniosła głowę i kątem oka wyłowiła strach dziewczyny.
— Zuzia, co się dzieje?
— Ja tam nie pójdę — powiedziała i potrząsała głową.
— Gdzie, kochanie, nie pójdziesz?
Pokręciła się na krześle. Podniosła wyżej głowę.
— Tam — pokazała ręką drzwi.
— Panie Zbyszku, o co chodzi?
Zacisnął usta. Już nikt go nie słuchał.
— Ona…, to znaczy, no wziąłem ją na chór i przestraszyła się. Ona nie wychodzi — tłumaczył się.
Potem kobieta pisała coś w papierach, podnosiła długopis, zadawała pytania, uśmiechała się do Zuzi.
— Wszystko będzie dobrze — powiedziała wreszcie. — Spróbujemy, to znaczy pani Krysia, będzie z nią wychodzić. Najpierw na krótko. Zobaczymy. Ona musi się przyzwyczaić do ruchu, do ludzi, ją wszystko na razie straszy, dlatego tak zareagowała. Proszę być dobrej myśli. Pomożemy panu.
Teraz Zbychu potakiwał głową. Jakby stał w cieniu i musiał się znowu zgodzić.
Był już wieczór. Gałęzie drzew lekko się pochylały. W budynku naprzeciwko zapaliły się światła w oknach. Zaszczekał pies. Potem zabrał się do sprzątania. Kran do oporu, słuchał, jak szumi woda, jak nalewa się do wiadra. Mop nosił go po całym mieszkaniu. Wytarł te kąty, w których całe kłaki kurzu leżały od tygodni. Poszła, a w nim zostało to, co zawsze.
Dodaj komentarz